sobota, 8 lipca 2017

[25]"Nigdy nie przeprosił."

– Rose? – zagadnął Scorpius, nawijając na palec jeden z jej rudych loków. Rose całkiem niedawno zauważyła, że chłopak nie przegapia żadnej okazji, aby się nimi pobawić lub chociaż na chwilę zatopić w nich dłoń.
– Hmm? – mruknęła niewyraźnie. Jego palce ponownie zanurkowały w czuprynę Rose, aż delikatnie musnęły skórę jej głowy. Czuła jak napięcie powoli opuszcza jej ciało, po wpływem dotyku dłoni blondyna.
Było jej bardzo wygodnie, kiedy leżała razem z nim na łóżku, opierając głowę o jego nagą pierś. Kojące ciepło płynęło z męskiego ciała, sprawiając, że czuła się zrelaksowana i pozwalała zmęczeniu na moment nią zawładnąć. Wiedziała, że nie wolno jej tu zasnąć, – zawsze skradała się w nocy z powrotem do pokoju – ale mimo wszystko nie potrafiła teraz samej sobie tego wytłumaczyć.
– Pewnie uznasz, że zwariowałem… – zaczął niepewnie Scorpius. – ale… może umówiłabyś się ze mną na… randkę? – powiedział powoli, marszcząc brwi, jakby sam nie do końca wiedział, o co mu chodzi.
Rose momentalnie wyrwała się z sennego nastroju. Uniosła się, wspierając ciało na łokciu.
– Randkę? – powtórzyła, przyglądając mu się badawczo, walcząc z rozbawieniem, widząc jego skrzywiony wyraz twarzy. – Jeszcze nikt nie zapraszał mnie na randkę, wyglądając przy tym, jakby przeżuwał cytrynę – oznajmiła, unosząc kąciki ust do góry. Pewnie po prostu sobie z niej żartował.
– Źle to ująłem – powiedział, wzdychając lekko. – To nie byłaby do końca „randka”. Bo przecież nie jestem tobą w ten sposób zainteresowany – uściślił, uśmiechając się do niej przekornie.
– No tak – odparła, nie bardzo wiedzieć, co innego mogłaby powiedzieć. – A ja tobą – dodała szybko.
– Oczywiście – przytaknął. – Więc nie-randka. Wspólny… posiłek?
– A gdzie, według ciebie, miałby się odbyć ten wspólny posiłek? – dociekała Rose. – Skoro nikt nie może wiedzieć o naszym małym… układzie?
Scorpius uniósł tors, wspierając się na łokciach.
– Przecież jesteśmy przyjaciółmi – odparł spokojnie. – Byliśmy parę razy w Trzech Miotłach tylko we dwójkę i nikt nie uważał tego za nic podejrzanego.
– A wiec chcesz mnie zabrać na naszą pierwszą nie–randkę do Trzech Mioteł? – zapytała Rose, udając oburzenie. Scorpius przewrócił oczami.
– Nie – przyznał. – Z resztą nieważne. Wyszlibyśmy w taki dzień, kiedy reszta siedziałaby w Hogwarcie. Coś bym wymyślił – dodał, wzruszając ramionami.
– Scorpius, to by tylko wszystko pokomplikowało – stwierdziła, marszcząc brwi. – Nie lepiej zostawić to tak jak jest?
Blondyn wzruszył ramionami.
– Jak chcesz – powiedział spokojnie. – To był tylko taki pomysł. Moglibyśmy, na przykład…
– Wydaje mi się – zaczęła powoli Rose, składając delikatne pocałunki na jego żuchwie – że za dużo myślisz.
– Ja nie… – powiedział Scorpius, ale myśl mu uciekła, kiedy dziewczyna, która jakimś cudem znalazła się nagle na nim, przygryzła jego ucho, a on poczuł na skórze jej ciepły oddech. – Rose – szepnął, tracąc oparcie w łokciach i opuszczając się z powrotem na łóżko.
– Hmm? – wymruczała, odnajdując jego usta. Jak łatwo było jej zapomnieć o całym świecie. Mimo tego, że jej oddech zawsze tracił rytm i spokój, kiedy tylko ich usta się stykały, czasem miała wrażenie, że urodziła się, żeby oddychać właśnie w ten sposób.
Scorpius naparł na jej usta, pogłębiając pocałunek, a po chwili poczuła jedną z jego dłoni na swoim policzku, podczas gdy drugie ramię objęło ja w talii i przyciągnęło do siebie. Uniósł się lekko i jednym, sprawnym ruchem obrócił ich tak, że teraz to on nad nią górował.
Zdjął jej dłonie ze swojej klatki piersiowej i przyparł je do materacu nad jej głową.
– Rose. Nie zmieniaj tematu – warknął. Jego głos był zdecydowany, ale nie powstrzymywało go to przed całowaniem jej szyi.
Rose uniosła nogi i oplotła go nimi w pasie, uzyskawszy tym samym kolejne głuche warknięcie z gardła Scorpiusa. Uwielbiała, kiedy coś co ona robiła, wywoływało w nim tak silne reakcje.
– Nie zmieniam. Ucinam go – wydyszała Rose, próbując uwolnić nadgarstki. Fakt, że nie mogła go dotknąć, doprowadzał ją do szaleństwa, a ten sukinsyn dobrze o tym wiedział. Czuła na skórze, jak jego twarde mięśnie brzucha napinają się zachęcająco, a ona chciała chociaż przejechać po nich palcami. Miękkie, jasne włosy łaskotały jej szyje, prosząc się, żeby zatopić w nich dłonie.
– To jeszcze nie koniec – ostrzegł ją Scorpius, ale puścił jej nadgarstki, żeby powędrować dłońmi na uda, a Rose wiedziała, że wygrała tę bitwę.

***

– Późno wczoraj wróciłaś – zauważyła Melody, kiedy zaczęły pakować swoje rzeczy, po zakończonej lekcji eliksirów.
– Och – odezwała się Rose, natychmiast panikując. – Myślałam… Myślałam, że spisz?
– Spałam, ale już ci kiedyś mówiłam, że nie jesteś mistrzem skradania – zauważyła brunetka. – No więc? Znowu siedziałaś do późna na Wieży Astronomicznej?
– Eee… – Rose zawahała się na moment. Profesor Malfoy siedział tuż przed nimi i jeszcze chwilę temu udawał, że w ogóle nie podsłuchuje, ale teraz patrzył prosto na Rose, prawie nokautując ją podejrzliwością w jego oczach. Mogła jedynie mieć nadzieję, że nie było go wczoraj na wieży, więc nie będzie mógł zaprzeczyć niczemu co powie. Postawiona pod ścianą Rose nie była w stanie wymyślić żadnej innej wymówki niż ta, którą Melody sama jej podsunęła. – Tak – zadecydowała w końcu. – Wiesz, jest już luty. Owutemy się zbliżają. Trzeba spuścić trochę pary – dodała, starając się nie myśleć o jej rzeczywistych sposobach „spuszczania pary”.
– To zacznij uprawiać jogę, zamiast włóczyć się po nocach i nie dosypiać – westchnęła Mel, po czym podążyła za Albusem, który już wychodził z lochu. Rose była o krok za nią, gdy poczuła dłoń Scorpiusa na swoich plecach, które pogłaskał, delikatnie, dyskretnie i krótko. Tak krótko, że gdyby skóra nie mrowiła jej za każdym razem, kiedy ją dotykał, Rose pomyślałaby, że sobie to wyobraziła. Czuła, że chciał jej dodać otuchy, po tym jak poradziła sobie z Melody. Widział, jak przypływ paniki omal nie wytrącił jej z równowagi. Rose uśmiechnęła się do siebie delikatnie, czując, że nie jest sama w tym całym zamieszaniu kłamstw i sekretów. Może powinna to zakończyć, zanim wyrzuty zumienia zeżrą ją od środka? Nie była pewna czy jest w stanie to zrobić.
– Panno Weasley – odezwał się profesor Malfoy, gdy już prawie opuścili lochy. – Czy mogłaby pani zostać na sekundę? Chciałbym omówić pani wypracowanie.
Rose została w tyle, pełna złych przeczuć i poczekała, aż reszta uczniów opuści salę.
– Co jest nie tak z moim wypracowaniem, panie profesorze? – zapytała lękliwie.
– Och, jak zawsze nienaganne – oznajmił Draco, machnąwszy ręką. – Najwyraźniej rzeczywiście jesteś nieodrodną córką swojej matki, panno Weasley – powiedział spokojnie, po czym zdjął okulary i zamknął oczy, masując mostek swojego nosa. Wyglądał, jakby przygotowywał się mentalnie na poważniejszą rozmowę, kompletnie nieświadom tego, że Rose kostnieje z przerażenia.
– Coś mi mówi, że nie zatrzymał mnie pan tutaj, żeby pochwalić moje wypracowanie, panie Malfoy – powiedziała.
– Tak się składa, że byłem wczoraj na Wieży Astronomicznej i jakoś cię przegapiłem. Byłem ciekaw, dlaczego okłamujesz swoją serdeczną przyjaciółkę.
Rose zaczerwieniła się błyskawicznie.
– Obawiam się, że jeśli panu powiem, będę musiała pana zabić – oznajmiła, starając się odzyskać rezon.
– Panno Weasley, przymykam oko na pani eskapady tylko dlatego, że wiem, gdzie się wówczas pani znajduje. To nie znaczy, że może pani włóczyć się nocą po zamku, bo ma pani taki kaprys. Jako członek grona pedagogicznego muszę mieć na uwadze przestrzeganie regulaminu, ze względu na bezpieczeństwo uczniów.
– Czyli jeżeli skoczę z Wieży Astronomicznej, kiedy pan tam będzie, to zostanie pan zwolniony?
– Panno Weasley, to nie jest zabawne – powiedział zirytowany Draco. – Jeśli pani przyjaciółka naprawdę musi omawiać z panią niedawno złamane punkty regulaminu szkolnego, niech nie robi tego tuż pod nosem nauczyciela.
Ach, więc o to chodziło.
– Jasna sprawa – oznajmiła uspokojona. – Mogę już iść?
Draco westchnął ciężko, ponownie wkładając okulary.
– Możliwe, że twój ojciec by to potwierdził: już za czasów młodości lubiłem wtykać nos w nie swoje sprawy, ale to dlatego, iż wydawało mi się, że wszystkie sprawy są moje. Chciałem wiedzieć, co się dzieje wokół mnie. Więc czy byłaby pani tak uprzejma i wyjaśniła mi, co się tutaj dzieje? Dlaczego wróciła pani późno do dormitorium i dlaczego mój syn chodzi po zamku z takim wyrazem twarzy, jakby ogłoszono, że będziemy obchodzić Gwiazdkę cztery razy w tygodniu?
Rose przełknęła głośno ślinę.
– Jak już mówiłam, musiałabym pana zabić – powiedziała powoli. – Aczkolwiek jestem pewna, że te dwie sprawy nie mają ze sobą nic wspólnego.
Tym razem Draco zaszczycił ją jedynie przewróceniem oczami.
– Może pani już iść. Nie chce się pani przecież spóźnić na zaklęcia.
Rose rozradowana odwróciła się na pięcie i ruszyła do wyjścia. Już trzymała dłoń na gałce od drzwi, gdy coś jej wpadło do głowy.
– Panie Malfoy, mogę pana o coś zapytać? – zaczęła ostrożnie. – Od dawna byłam ciekawa, a wspomniał pan o swojej młodości, co mi o tym przypomniało…
– Dlaczego mam wrażenie, że to pytanie mi się nie spodoba? – zapytał zrzędliwie, a Rose wzruszyła ramionami. – Proszę pytać.
– Cóż, moi rodzice zawsze niechętnie wspominają o takich rzeczach, a książki były w tym temacie dość oszczędne i właściwie nie dało się niczego wywnioskować…
– Panno Weasley, do rzeczy – wtrącił zniecierpliwiony Draco, zerkając na zegarek.
– Jak udało się panu uniknąć Azkabanu po współpracy ze Śmierciożercami? – wypaliła.
Była pewna, że profesora Malfoya bardzo zdenerwuje to pytanie, ale wydawał się jedynie mocno zbity z tropu. Podrapał się po głowie i zmarszczył brwi. Milczał przez chwilę, jakby sam próbował przypomnieć sobie szczegóły, lub zastanawiał się, jak właściwie do tego doszło.
– Myślałem, że dyskusje na temat przeszłości i życia prowadzimy na Wieży Astronomicznej – mruknął Draco.
– Jak sam pan zauważył, ostatnio nie mam aż tyle czasu, żeby tam bywać – odparła Rose, wzruszając ramionami.
Draco wziął głęboki, uspokajający oddech i zaczął mówić.
– Najpierw pokochała mnie prasa – zaczął powoli. – Stałem się ulubieńcem Proroka Codziennego i Żonglera. Pewnie wiesz, że twojego wujka nazywają „Chłopcem, Który Przeżył”? Cóż, za zostałem okrzyknięty „Chłopcem, Który Nie Miał Wyboru”. – Uśmiechnął się ironicznie do swoich wspomnień. – Wszystkie paskudne uczynki mojego ojca zostały wywleczone na światło dzienne, na łamach gazet. Nie mówię tu tylko o tym, co robił w szeregach Śmierciożerców, ale również o tym, co zdarzało się w naszym domu. W każdej tej historii ja byłem przedstawiany jako ofiara zbiorowej manipulacji, przemocy domowej lub brutalnego szantażu. Potem, kiedy zbliżał się mój proces, w domu, w którym wówczas przebywałem w ramach czegoś na kształt aresztu domowego, pojawił się Potter i zaproponował współpracę z Zakonem Feniksa. Chciał, żebym pomógł wytropić pozostałych Śmierciożerców, wciąż przebywających w ukryciu, bo domyślał się, że mogę posiadać bardzo cenne, choć z pozoru nieznaczne informacje. – Odruchowo potarł lewe przedramię, na którym, jak wiedziała Rose, znajdował się wyblakły Mroczny Znak.
– To była dla mnie niesamowita okazja. Jedynym warunkiem, jaki postawił mi Potter było to, że miałem zeznawać przeciwko mojemu ojcu. Wiedziałem, że nie zasługiwałem na wszystko, co mnie spotkało, ale nie zamierzałem z tego nie skorzystać. Jestem pewien, że taki Święty Potter na moim miejscu sam zakuł by się w kajdany i domagał sprawiedliwości, ale ja wolałem żyć dalej.
– Dlaczego mój wujek nie chciał wsadzić pana do Azkabanu? – dopytywała Rose. – Słyszałam, że jako dzieciak był pan niezłym wrzodem na tyłku.
– Nie byłem wrzodem na tyłku. – Draco przewrócił oczami. – Byłem dociekliwym młodzieńcem, obdarzonym ironicznym poczuciem humoru, z którym nie każdy potrafił sobie poradzić. A poza tym, moja dziecięca duma ucierpiała, gdy moja hojna oferta przyjaźni została odrzucona przez młodocianego celebrytę – wyjaśnił. – Aczkolwiek nie znam odpowiedzi na twoje pytanie. Musiałabyś zapytać Pottera. W każdym razie, dość szybko po tym, jak złożył mi ofertę, domyśliłem się, że te wszystkie artykuły to również była jego sprawka. Chciał ochronić przestępcę przed należnym mu losem – musiał jakoś przygotować na to opinię publiczną i sprawić, żeby przestali mnie nienawidzić, a zaczęli współczuć. Następnie, kiedy już zostałem ułaskawiony i pomagałem łapać Śmierciożerców, Potter, lub ktoś inny, informował gazety o każdym nowym schwytanym zbiegu i zawsze dbał o to, żeby gdzieś w artykule pojawiło się moje nazwisko, aby każdy wiedział, że pomogłem. Musiał ich utwierdzić w przekonaniu, że podjęto właściwą decyzję. – Draco zamilkł na moment, zastanawiając się nad czymś. – Teraz jak o tym myślę, wydaje się to być zbyt dobrze przemyślany plan jak na Pottera. Nie zdziwiłbym się, gdyby to twoja matka byłą w rzeczywistości mózgiem operacji.
Rose uśmiechnęła się pod nosem.
– Dlaczego Scorpius nie potrafi widzieć pana jako „Chłopca, Który Nie Miał Wyboru”? – spytała dziewczyna marszcząc brwi.
– Nie wiem – odparł Draco, wzruszając ramionami. – Opinia publiczna jest bardzo zagadkowym zjawiskiem, panno Weasley. Z jednej strony, dzięki tym wszystkim ruchom medialnym, niewielu ludzi protestowało, gdy oszczędzono mi kary, a z drugiej niemal każdy polecił swojemu dziecku trzymać się z daleka od tego dzieciaka Malfoyów, bo to źli ludzie. Chyba go rozumiem. Został skreślony przez społeczeństwo, gdy tylko przekroczył mury tej szkoły, choć nie zrobił nic, żeby ich do siebie zrazić. Ciężko go winić za to, że próbuje szukać winowajcy.
– Może powinniście pójść na jakąś terapię rodzinną? – zaproponowała Rose, uśmiechając się lekko na samo wyobrażenie dwójki Malfoyów na kozetce.
– Malfoyowie nie chodzą na terapie – mruknął Draco, a Rose przewróciła oczami.
– Malfoyowie, jak zauważyłam, nie robią bardzo wielu rzeczy, ale kiedyś nie robili ich jeszcze więcej. Na przykład, kiedyś Malfoyowie nie przyjaźnili się z Weasleyami – przypomniała mu, po czym rozłożyła dłonie w geście prezentacji. – Jak widać czasy się zmieniają. Trochę żartowałam z tą terapią, ale z pewnością coś trzeba zrobić – oznajmiła.
Poprawiła torbę na ramieniu, pomachała swojemu nauczycielowi na pożegnanie i opuściła klasę, zostawiając Draco pogrążonego w myślach.
Żadne z nich nie czuło potrzeby komentowania faktu, że Rose sekundę temu nazwała ich przyjaciółmi.

***

W porze obiadu Rose wkroczyła do Wielkiej Sali i rozejrzała się w poszukiwaniu przyjaciół. Melody, Cara i Harold siedzieli przy stole Gryffindoru i rozmawiali o czymś pochylając ku sobie głowy. Albusa jeszcze (lub już) nie było, a Scorpius siedział samotnie przy stole Slytherinu i pochłaniał swój posiłek, mając obok talerza otwartą książkę.
Weasley planowała dołączyć do dziewcząt oraz Harolda i pozostawić blondyna sam na sam z lekturą, przede wszystkim po to, żeby nie wzbudzać podejrzeń, choć racjonalna część jej umysłu ciągle szeptała, że już nie raz była gdzieś tylko z nim i jakoś nikt nie widział w tym nic niezwykłego.
W każdym razie zmieniła zdanie, gdy zobaczyła jak Bella Halloran siada naprzeciwko Scorpiusa. Nogi same poniosły ją w kierunku stołu Ślizgonów.
Kiedy podeszła już wystarczająco blisko, była w stanie dosłyszeć ich rozmowę.
– ... ma tytuł „Zmierzch” i Lily Potter kazała mi ją przeczytać, ale coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że sobie ze mnie zażartowała – mówił Scorpius, spoglądając z powątpiewaniem na swoją książkę.
– Och, myślę, że masz rację. Czytałam ją, jest okropna – odparła Bella, uśmiechając się ślicznie.
– Choć czasem jest naprawdę zabawna.
– Nie ma taka być.
– Och. – Scorpius zarumienił się lekko. – Byłem pewien, że to taka satyra z domieszką groteski, która ma parodiować górnolotne romanse i ukazywać patologie społeczne.
– Głuptasie – powiedziała ciepło dziewczyna, klepiąc go żartobliwie w ramię – To po prostu kiepska książka. Jeśli chcesz poczytać coś o patologiach społecznych, to mam świetną powieść w swojej kolekcji, mogę ci ją pożyczyć. Co prawda, akcja również dzieje się w mugolskim świecie, ale nie powinieneś się pogubić. Świetnie obnaża psychologię klas średnich.
Rose zmarszczyła z irytacją brwi. Z jakiegoś powodu, poczułaby się znacznie lepiej, gdyby Bella była głupia, ale na razie na taką nie brzmiała. I dlaczego ta dziewczyna ciągłe go dotykała? Naprawdę, Malfoy z pewnością sam potrafi odgarnąć sobie grzywkę z czoła…
– Byłoby super, dzięki – odparł Scorpius, uśmiechając się lekko, po czym uniósł wzrok i zauważył Rose, stojącą nad jego towarzyszką, jak sęp, szykujący się do ataku. – Rose! Co tu robisz?
Przygryzła wargę, czując jak ogarnia ją fala paniki i niezręczności.
– Chcemy zjeść obiad, a niby co innego? – odezwał się damski głos tuż obok Weasley. Odwróciła głowę i ujrzała zdecydowaną twarz Mirandy Zabini. Nigdy nie podejrzewała, że aż tak się ucieszy na jej widok. Posłała koleżance spojrzenie pełne wdzięczności.
– Och. – Bella uniosła spłoszony wzrok na twarz Ślizgonki. Najwyraźniej znalazła w niej coś, co ja onieśmieliło, bo szybko podniosła się ze swojego miejsca. – To ja już pójdę do… do mojego stołu – oznajmiła, oddalając się powoli, po czym odwróciła się na pięcie, rzucając Scorpiusowi przez ramię ostatnie ciepłe spojrzenie.
– Cóż za płoche kurczątko – oznajmiła Miranda, odprowadzając Bellę wzrokiem. – Podoba mi się.
Po czym niezrażona podążyła za Bellą.
– Miranda, nie wydaje mi się, żeby ona… – zaczął Scorpius, ale przyjaciółka uciszyła go machnięciem dłoni.
– Zamknij się i daj mi cieszyć się życiem – ucięła, oddalając się w kierunku stołu Gryfonów.
Rose usiadła naprzeciwko Scorpiusa, zajmując miejsce wcześniej okupowane przez Bellę.
– Zmieniłam zdanie – wypaliła, nie bardzo wiedząc, jakim cudem to zdanie wyszło z jej ust.
Co?
Scorpius spojrzał na nią niepewnie.
– Przemyślałam to dokładnie…
Bzdura! Niczego nie przemyślałaś! Zamknij się natychmiast!
– … i dlatego zmieniłam zdanie – powtórzyła.
Wcale nie!
– Odnośnie czego? – spytał Scorpius, nadal nieco zagubiony, a Rose miała szczerą nadzieje, że to nie rozmowa z Bellą tak go wytrąciła z równowagi, że nadal miał problem z łączeniem wątków. I nienawidziła się za to.
– Pomyślałam, że moglibyśmy pójść na tę nie-randkę.
Nigdzie nie pójdziesz!
Scorpius tym razem zmarszczył brwi, patrząc na nią zaintrygowany.
– Poważnie? – upewnił się.
– Poważnie.
O Słodki Voldemorcie, czy nikt mnie nie powstrzyma?!
Chłopak oparł brodę na dłoni, uśmiechając się zaczepnie.
– Kiedy masz czas?

***

Okazało się, że oboje mieli czas następnego dnia, w godzinach popołudniowych. Był piątek, wiec po zakończonych zajęciach mogli spokojnie i bez nerwów wymknąć się z zamku.
Scorpius poprowadził ją jakimś podejrzanym, podziemnym przejściem, zaczynającym się w lochach, niedaleko Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Ciemny korytarz ciągnął się przed nimi w nieskończoność, oświetlany jedynie przez uniesione różdżki Rose i Scorpiusa.
Chłopak delikatnie trzymał Rose za łokieć, bo grunt był nierówny, a ona co jakiś czas się potykała.
– Miałam w rękach Mapę Huncwotów setki razy i nigdy nie widziałam tego przejścia – oznajmiła Rose podejrzliwie. – Czy to możliwe, że Huncwoci o nim nie wiedzieli?
– Ehm, to dlatego, że za czasów Huncwotów go tu nie było – odparł Scorpius, uśmiechając pod nosem. – Odkryliśmy je z Albusem na trzecim roku.
– To skąd wiecie, że nie było go tu za czasów Huncwotów? – dopytywała Rose.
–  Eeee… – Zawahał się. – No dobrze, może określenie „odkryliśmy” nie było tu najwłaściwsze. Raczej należałoby powiedzieć „zrobiliśmy” – przyznał.
– Że co proszę? – sapnęła Rose. – Jak wam się to udało?
– Z małą pomocą Jamesa, Freda i twojego wujka George’a – uściślił, wzruszając ramionami.
– I żaden nauczyciel nigdy tego nie znalazł?
– Jest chronione zaklęciami. Teraz korzystamy z niego tylko ja i Albus. Ach, no i Harold też o nim wie.
– I żaden z was, samolubnych gnojków, nigdy nie pomyślał, żeby nam o nim powiedzieć?! – wykrzyknęła z oburzeniem, nieco urażona, że Harold dowiedział się przed nią.
– Ustaliliśmy z Albusem, że nie mówimy nikomu – usprawiedliwił się chłopak. – A kiedy wtajemniczyliśmy Harolda, stało się to naszą męską tajemnicą. Jakby Albus wiedział, że cię tu przyprowadziłem, to by mnie zabił.
– Aktualnie znalazłoby się kilka innych powodów, dla których Albus mógłby cię zabić – przypomniała mu uczynnie, a Scorpiusowi zrzedła mina. – A co jak ktoś będzie nas szukał i zorientuje się, że nie ma nas obojga w tym samym czasie? – zapytała, gdy nagle dotarła do niej ta możliwość.
– Lily nas kryje – uspokoił ją Scorpius. – Była zachwycona.
W końcu dotarli do końca tunelu, gdzie czekały na nich drzwi, połyskujące lekko w ciemności. Scorpius stuknął w nie trzy razy różdżką i wymamrotał coś pod nosem. Pchnął je mocno, wpuszczając do tunelu falę światła.
Rose, której oczy przyzwyczaiły się do ciemności zamrugała kilka razy.
– Dokąd właściwie idziemy? – zapytała, gramoląc się z przejścia i rozglądając wokół siebie. Wyjście z tunelu znajdowało się w ciasnej alejce między dwoma wysokimi budynkami z czerwonej cegły.
– Zobaczysz – odparł, pojawiając się obok niej.
– Właściwie, powinieneś mi powiedzieć. Nawet nie pomyślałam o tym, czy będę odpowiednio ubrana – uświadomiła sobie, zerkając z lękiem na swoje dżinsowe rurki, wiązane kozaki na obcasie i luźną, fioletowa bluzkę.
– Nie będziesz – przyznał Scorpius. – Ale nie martw się. Ja też nie.
Zerknęła na jego proste, ciemne spodnie oraz beżowy sweter i odetchnęła z ulgą. Aczkolwiek wystający spod swetra kołnierzyk koszuli wzbudził jej niepokój. Mimo to, próbowała odzyskać rezon. Może po prostu chciał, żeby mu było ciepło…

***

– Panie Malfoy! – zawołała profesor McGonagall. – Draco!
Malfoy posłusznie przystanął i odwrócił się w kierunku swojej przełożonej. Wyglądała na zrezygnowaną, ale jednocześnie odrobinę rozbawioną. ‘
– Tak, pani dyrektor? – zapytał uprzejmie. – Czy coś się stało?
– Owszem – wysapała. – Hugo Weasley spadł z miotły na treningu. Nic poważnego mu się nie stało, pani Pomfrey już go skleja, ale miał połamane trzy żebra, i obie ręce. Trzeba zawiadomić rodziców. Chciałabym, żeby pan się tym zajął.
Draco wytrzeszczył na nią oczy.
– Ja? Ależ pani dyrektor… – wyjąkał. – Czy nie mógłby się tym zająć ktoś inny?
Więc stąd wynikało jej rozbawienie. Teraz już Draco był pewien, że robiła to specjalnie.
– Panie Malfoy, wszyscy są bardzo zajęci, a ponadto jestem pańską przełożoną i wydałam panu polecenie – oznajmiła. – Proszę natychmiast skontaktować się z Weasleyami. Polecam skorzystanie z Sieci Fiuu. Zapisałam panu adres. – Po tych słowach wcisnęła mu w dłoń kawałek pergaminu, obróciła się na pięcie i oddaliła się szybkim krokiem.
Niepocieszony Draco wrócił do swojego gabinetu, żałując, że kiedykolwiek w ogóle go opuścił. Że też musiało mu się zachcieć spaceru po błoniach. Może jeśli zostałby w środku, mógłby udawać, że go nie ma…
Nie ma to jak być dojrzałym mężczyzną po czterdziestce i rozmyślać o ukrywaniu się przed szefową.
Podszedł do bogato zdobionego kominka i nabrał garść Proszku Fiuu, po czym wrzucił go w palenisko. Pełen złych przeczuć wsadził głowę w zielone płomienie, wypowiedział właściwy adres i zamknął oczy. Sekundę później poczuł, jakby ktoś odkręcał głowę od jego ciała. Kiedy otworzył oczy ukazał mu się jasny, przestronny salon, w którym nie tak dawno już był, kiedy to panna Weasley zapragnęła uciec ze szkoły, żeby zjeść cheeseburgera.
Przy dużym, drewnianym stole siedział Harry Potter, popijając sok dyniowy i przeglądając dzisiejsze wydanie „Proroka”. Draco odchrząknął. Głowa Pottera odwróciła się gwałtownie, a jej właściciel zakrztusił się sokiem na jego widok.
– Ron! – zawołał, nie odrywając wzroku od blondyna. – W twoim kominku jest głowa Dracona Malfoya!
– Co?! – Zawołał Weasley z pokoju obok.
Wpadł do salonu i wbił zaskoczony wzrok w Draco.  
– Co ty tu, do jasnej cholery, robisz? – warknął.
Draco uznał, że najlepiej będzie od razu przejść do rzeczy, zamiast wdawać się w zbędne dyskusje i dziecinne przytyki. Już długo usiłował przekonać samego siebie, że w końcu z tego wyrósł i teraz była świetna okazja, żeby to udowodnić.
– Twój syn trochę się poturbował na treningu quiddicha – oznajmił spokojnie. – Nic mu nie będzie i już prawie całkiem wrócił do zdrowia, ale McGonagall chciała, żebym was poinformował.
– Dlaczego ty? – prychnął kpiąco Ron. – Trochę to podejrzane, nie sądzisz?
– Ron, nie przesadzaj – mruknął Harry, wstając z krzesła i kładąc przyjacielowi dłoń na ramieniu.
– Mój syn nigdy w życiu nie zaliczył żadnej kontuzji podczas latania na miotle – oświadczył dumnie rudy. – To urodzony gracz, prawdziwy Weasley.
– Kiedyś musi być ten pierwszy raz – oznajmił ugodowo Draco, choć wcześniejszy spokój już powoli się ulatniał.
– I chcesz mi wmówić, że akurat gdy mój syn po raz pierwszy ma wypadek na miotle, to ty przybywasz mnie o tym powiadomić – prychnął. – Chyba wszyscy wiemy, o co tu naprawdę chodzi.
– Ja nie wiem – warknął Draco. – Oświeć mnie.
– Chcesz upokorzyć moją rodzinę – oświadczył Ron. – Uknułeś to, żeby rozniosła się informacja, że mój syn nie umie latać, żeby w ten sposób upokorzyć moją rodzinę!
– A po co niby miał bym to robić, ty chory z urojenia idioto! – wykrzyknął Draco, wyrzucając dłonie w powietrze, kompletnie zapominając o tym, że zostały w jego gabinecie wraz z resztą ciała. – Przestań wymyślać te brednie i właź do kominka, żeby odwiedzić syna, albo zostań tutaj i wyślij mu pocztą pluszaka! Po prostu zrób cokolwiek z użyciem odrobiny rozsądku choć raz w życiu!
– Sugerujesz, że jestem głupi?! – oburzył się Ron.
– Och, czyżbym za słabo to zamaskował? Ależ ze mnie gapa, cóż za nietakt. – Draco przewrócił oczami.
– Założę się, że inaczej byś zaśpiewał, kiedy wyciągałem cię z tego płonącego Pokoju Życzeń – sarknął Ronald.
Draco poczuł że się rumieni, ale nie dał się zbić z tropu.
– To Potter chciał mnie ratować, ty zawróciłeś, dlatego, że ci kazał – odparł. – Wszyscy wiemy, że zawsze byłeś na każde jego zawołanie.
– Ja wcale nie…
– No cóż, nie ma za co, Draco – odezwał się głośno Harry, ze sztucznym uśmiechem na ustach. – W każdym razie, może ustalimy…
– Co tu się dzieje? – smukła postać Hermiony Weasley pojawiła się w salonie. Wyglądało na to, że właśnie wróciła z pracy, bo pod luźno narzuconą na ramiona szatą miała białą koszulę i eleganckie, dopasowane spodnie. Włosy związała w koka, z którego jednak już uciekło całkiem sporo kosmyków. Pod pacha dźwigała stos dokumentów, a delikatny makijaż prawie przykrył zmęczenie widoczne w jej oczach.
Draco nigdy w życiu by nie pomyślał, że odczuje taką ulgę na jej widok.
– Cześć… Hermiono – powiedział z wysiłkiem, prawie krztusząc się własnym językiem, gdy po raz drugi w życiu wypowiedział jej imię. Co było dość dziwne, biorąc pod uwagę, że znał ją ponad trzydzieści lat. Ale jak niby miał się do niej zwrócić? Granger? Już nie miała tak na nazwisko. Weasley? Weasley to Weasley i tyle. Jest tylko jeden. Szlama? Nie, z pewnością nie zamierzał cofać się w rozwoju. – Twój syn miał wypadek na treningu. Wszystko z nim w porządku – dodał szybko, widząc, że oczy kobiety rozszerzyły się ze strachu. – Pani Pomfrey zapewne już skończyła go naprawiać. Ale McGonagall prosiła, żebym was poinformował.
– Och! No cóż, dobrze, w takim razie trzeba się zebrać – oznajmiła rzeczowo Hermiona, odkładając dokumenty na stół. – Ronald, jesteś gotowy? – mruknęła z roztargnieniem, gdy zaczęła przeszukiwać swoją torebkę.
– Ale… Hermiono, kochanie… przecież to jest Malfoy… – mamrotał Ron, kompletnie rozczarowany brakiem konkretnej reakcji ze strony żony.
– Draco pracuje w szkole, do której uczęszczają twoje dzieci, Ronald. Nie powinno być dla ciebie zaskoczeniem, że czasem ma obowiązek przekazać ci jakieś informacje.
– Ale on… to na pewno jakiś kawał…
– Ron, przestań się wygłupiać – tym razem to Harry się odezwał. – Weź się w garść i idź odwiedzić syna.
Wyglądało na to, że Ron został pokonany, choć nie przeszkodziło mu to w obrażeniu się. Prawdopodobnie głównie na Draco, którego jedyną wina w tym całym zamieszaniu było to, że się urodził. Och, no i może również to, że przez całe życie był złośliwym sukinsynem, a w młodości, kiedy to ta cecha była szczególnie widoczna, Weasley widywał go codziennie przez siedem lat.
– Draco, czy będziesz łaskaw na chwilę zniknąć z naszego kominka, żebyśmy mogli przenieść się do Hogwartu? – zapytała Hermiona.
– Jasne – odmruknął Draco, nadal nieco zamyślony. Pociągnął głowę do tyłu, zamknął oczy i zaczekał aż wirowanie ustanie.
Po minucie w jego własnym palenisku pojawiła się Hermiona a następnie naburmuszony Weasley.
– Hugo jest w skrzydle szpitalnym - oznajmił Draco, zachęcając ich gestem, żeby szli za nim, modląc się również w duchu, żeby coś się stało i żeby ostatecznie nie musiał odbywać z nimi wspólnego spaceru korytarzami Hogwartu. Przez chwilę zastanawiał się, czy byłoby to bardzo nieładnie z jego strony, gdyby po prostu zostawił ich samych sobie. Chodzili do tej szkoły przez siedem lat, z pewnością świetnie pamiętali drogę do Skrzydła Szpitalnego. Aczkolwiek podejrzewał, że pani dyrektor, niewolnica procedur, byłaby z niego bardzo niezadowolona, gdyby zostawił rodziców odwiedzających rannego syna, żeby wędrowali sobie samopas po szkole bez niczyjej pomocy.
Weasley wyprzedził ich o jakieś dziesięć kroków i szedł przygarbiony z rękami w kieszeniach.
Draco maszerował ramię w ramię z Hermioną. Dziwna gula zaczęła mu rosnąć w gardle, gdy jego głowę nagle zaatakowały wspomnienia, te same które nawiedzały go kiedyś podczas tych długich godzin spędzonych na Wieży Astronomicznej. Uświadomił sobie, że odkąd panna Weasley zaczęła się tam pojawiać, coraz rzadziej pogrążał się w poczuciu winy i użalaniu nad sobą. Przez to, że tak dawno już o tym nie myślał – o tych najgorszych obrazach, ukrytych w zakamarkach jego pamięci, gdzie próbował je zdusić, żeby zdechły na zawsze – tym bardziej nie wiedział teraz co powinien powiedzieć.
Nigdy, przez te wszystkie lata, nie miał okazji porozmawiać z Hermiona Granger – czy tam Weasley – w cztery oczy. Nie tylko z nią, z żadnym z tej trójki, której, chcąc nie chcąc, zawdzięczał życie (a chyba nie musiał dodawać, jak ciężko się żyje z faktem, że zawdzięcza życie komuś takiemu jak Weasley, do którego, pomimo upływu lat, wciąż żywił silną niechęć). Co powinien powiedzieć? Przepraszam? Jakże głupio by to zabrzmiało, przepraszać po tych wszystkich latach? Z pewnością nie poprawiłoby ich stosunków.
A zresztą z jakiego powodu miałoby mu na tym zależeć? Jasne, udało im się wydać na świat mądrą, choć bardzo dziwną dziewczynę, która jakimś cudem stała się jedną z niewielu osób, z którą Draco potrafił się porozumieć. To jeszcze nie stwarzało powodu, do interakcji między nimi.
– Co słychać u Astorii? – zapytała niezręcznie Hermiona, wyrywając go z zamyślenia.
– W porządku – mruknął Draco. – Cieszy się, że Scorpius niedługo kończy szkołę, bo pobędzie trochę z nami w domu. Taką przynajmniej ma nadzieję.
– Scorpius to bardzo miły chłopiec – zauważyła uprzejmie. – Podczas wesela był dla nas niezwykle grzeczny. Co zasługuje na pochwałę, biorąc pod uwagę nieco zbyt beztroskie zachowanie Rona – dodała, wpatrując się w plecy męża z uśmiechem który był jednocześnie czuły i pełen dezaprobaty. – Ale każdemu jest ciężko zapomnieć o przeszłości.
Draco znów poczuł się przytłoczony, gdy myślał gorączkowo nad jakąś stosowną odpowiedzią. Nigdy nie przeprosił.
– Coś się między nimi dzieje – wypalił zanim zdążył się zastanowić, czy to aby na pewno rozsądny wybór pierwszego lepszego tematu dla rozluźnienia atmosfery. – Rose i Scorpiusem – uściślił.
Ku jego zaskoczeniu, brunetka nie wyglądała na zaskoczoną. Jej brwi ściągnęły się w wyrazie irytacji, ale jednocześnie przygryzła wargę, żeby powstrzymać uśmiech. Mimo to, kąciki jej ust powędrowały do góry.
– Hugo już nam o tym wspomniał. Ja też coś zauważyłam, właśnie przed weselem – przyznała. – To by było dość ironiczne.
Nigdy nawet nie podziękował.
– Myślę, że jeśli nasze podejrzenia się sprawdzą, twój mąż może mieć zawał serca – powiedział Draco z udawaną troską.
– Podobnie jak twój ojciec.
– Tak, cóż, za nim nikt nie będzie płakał.
Hermiona uniosła na niego zaskoczony wzrok, ale nie skomentowała tego.
– Myślisz, że to coś poważnego? – zapytała, poważniejąc. – No wiesz, z naszymi dziećmi?
Draco wzruszył ramionami.
– Biorąc pod uwagę zamieszanie, jakie by to wywołało, pewnie powinienem powiedzieć, iż mam nadzieję, że nie. Ale teraz, kiedy już łączę to, co obserwuję, z wakacyjną paplaniną Scorpiusa, dochodzę do wniosku, że to tylko kwestia czasu – przyznał. – A myśl sobie co chcesz o moich umiejętnościach wychowawczych, ale musiałem zrobić coś dobrze, bo Scorpius to porządny, zdecydowany chłopak. Jestem pewien, że niedługo wyjdzie z konkretną inicjatywą, jeśli jeszcze tego nie zrobił.
Tym razem Hermiona, z jakiegoś powodu zareagowała oburzeniem.
– Jeśli ktoś będzie tu stroną inicjującą, to na pewno będzie to Rose – oświadczyła. – Jest bardzo śmiała.
– Rose Weasley, śmiała? – prychnął Draco. – Chyba tylko wtedy, kiedy trzeba mnie obrazić.
– Cóż, może ma pewne… opory przez rozmawianiem z ludźmi – przyznała. – Ale tylko obcymi, a Scorpiusa zna od tak dawna. Jeśli czegoś chce, to po to sięga. Założę się, że to ona zrobi pierwszy krok.
Draco przystanął, zaintrygowany ostatnim zdaniem.
– Naprawdę byłabyś gotowa się założyć?
Hermiona również się zatrzymała.
– Co masz na myśli?
– Cóż…

***

– Hm – mruknęła Rose, rozglądając się w oszołomieniu. – Myślę, że możemy zdecydowanie założyć, że nie jestem stosownie ubrana.
Nigdy w życiu nie była jeszcze w tak eleganckim miejscu. Restauracja znajdowała się na obrzeżach Hogsmeade, a Rose zastanawiała się, jakim cudem takie miejsce jest w stanie się utrzymać w tak prostej wioseczce, gdzie, jak wyobrażała sobie Rose, niewielu ludzi jest szalenie zamożnych. Cały niewielki budynek był oszklony. Szalała zima, więc za oknami powoli zapadał zmrok, a światło w restauracji było przytłumione, nie nachalne, więc panował w niej przyjemny półmrok. Pomiędzy oknami (a przynajmniej tak wyobrażała sobie to Rose – że są to wysokie od podłogi do sufitu okna, a nie jedna, spójna tafla szkła)  wisiały czerwone zasłony, wyglądające na aksamitne. Pozostałe rzeczy, które próbowała objąć wzrokiem i zachować w pamięci – stoliki, obrusy, stojące na nich róże, dekoracje naścienne i kolumny – również były zdominowane przez kolor czerwony, ale także ciemne brązy i odrobinę czerni.
– Nie przejmuj się tym – odpowiedział spokojnie Scorpius, kompletnie nieświadom jej szoku. – Dzień dobry – dodał, widząc spieszącego ku nim kelnera.
Kelner był ubrany bardziej elegancko niż oni oboje. Przynajmniej do takiego wniosku doszła Rose, widząc muszkę.
– Witam serdecznie – oznajmił z silną naleciałością fonetyczną z francuskiego. – Pan Malfoy, jak mniemam?
– Zgadza się.
– Oto państwa stolik – powiedział, wskazując ten na lekkim podwyższeniu. – Zapraszam.
Rose była zbyt oszołomiona, żeby poprawnie rejestrować co się wokół niej dzieje. Podeszli do stolika. Dołączyło do nich jeszcze dwóch kelnerów. Jeden zapalił świeczkę na stole. Inny odsunął jej krzesło. Tak jej się wydawało, gdy starała się opaść na nie z największą gracją, na jaką była w stanie się zdobyć. Trzeci kelner ułożył przed nimi menu.
Kiedy odeszli w kierunku, jak podejrzewała, kuchni, Rose zauważyła coś dziwnego. Byli jedynymi ludźmi w restauracji.
– Scorpius – szepnęła niepewnie. – Dlaczego tu tak pusto?
– Och – zreflektował się. – Nie chciałaś, żeby ktoś nas zobaczył, a poza tym wiem, że nie czujesz się komfortowo wśród ludzi, więc wynająłem całą restaurację.
Gapiła się na niego z otwartymi ustami. Miała nadzieję, że żaden z kelnerów nie podgląda ich z ukrycia, bo pewnie by ją wyrzucili za takie brzydkie zachowanie.
– Co? – zapytał, zakłopotany. – Przesadziłem?
– Odrobinkę – wykrztusiła z zaschniętym gardłem.
Po chwili kelner wrócił i postawił przed nimi – najpierw przed Rose, potem przed Scorpiusem – talerze z czymś mikroskopijnym. Rose przyjrzała się „potrawie”. Wyglądało jak maleńki, na oko dwucentymetrowy kawałek chleba, z mikroskopijnymi kawałkami grzybów i ziół na wierzchu.
– Grzybowe tapas – oznajmił kelner. – Chrupkie pieczywo, grzybki w zalewie, migdały, twarożek, drobno krojona szalotka, nutka czosnku i odrobina wytrawnego cherry, oczywiście doprawiona ziołami – wyrecytował z uśmiechem. – Bon Appétit! – Po czym znów się oddalił.
Rose wpatrywała się zmieszana w maleńką porcję, aż poczuła, że sama jest obserwowana. Uniosła wzrok i napotkała roześmiane, srebrne oczy Scorpiusa.
– Nie spróbujesz, Rose? – zapytał.
– Eee… nie dziękuję. Cztery godziny temu zjadłam orzecha laskowego, nie chciałabym zemdleć z przejedzenia.
Scorpius przewrócił oczami, opierając brodę na dłoni.
Czasem nadal nie mogła się skupić na czymkolwiek, ilekroć docierało do niej jaki był przystojny.
– Ma być takie małe. To drobna przekąska, podawana przed przystawką. Jest powitaniem gościa w restauracji, zaostrza apetyt i przygotowuje na danie główne – wyjaśnił. – Francuzi nazywają to „amuse–boucle”, co dosłownie oznacza „cieszenie ust”. U nas mówi się na to „czekadełko” lub, bardziej pospolicie, „starter”.
Rose nadal gapiła się na talerz.
– Rose, co się dzieje? – westchnął, a dłonie zadrżały mu lekko. Rose pomyślała, że może bardzo chciałby ją teraz dotknąć – złapać za dłoń lub pogłaskać po ramieniu – ale dzielący ich stół mu w tym przeszkadzał.
– Nie powinieneś mnie tutaj zabierać – wyjaśniła. – Czuję się bardzo speszona.
– Jak przez większość czasu – oznajmił, szczerząc zęby, ale natychmiast przestał, widząc groźne spojrzenie dziewczyny. – Posłuchaj, Rose – zaczął ponownie – nie zabrałem cię tutaj dlatego, że jest drogo czy ekskluzywnie. Zrobiłem to, bo przypadkiem wiem, że nigdy nie byłaś w tego typu restauracji, a wiem też, że lubisz doświadczać nowych rzeczy. Pomyślałem, że będziesz zaciekawiona.
– Jestem – przyznała, nieco zbyt agresywnym szeptem. – Ale to nie zmienia faktu, że czuję się niezręcznie. To miała być nie-randka, a ty zabierasz mnie do najdroższej restauracji w okolicy!
– To nie jest randka – powiedział stanowczo. – A restauracja to dopiero początek. A teraz łaskawie przestań narzekać, zamknij się i jedz.
– Jakbyśmy nie mogli po prostu sobie tego darować i pójść do łóżka – wymamrotała pod nosem.
– Co mówiłaś?
– Nic.
Niepocieszona Rose wbiła widelec w swoje amuse–bouche i posłusznie umieściła je w ustach.
– Och! – pisnęła, zaskoczona i oczarowana smakiem. Zawsze myślała, że nie lubi grzybów. – Super!
Scorpius zaśmiał się lekko, otwierając menu.
– Kiedy kelner wróci i spyta, jak ci smakowało, postaraj się znaleźć nieco lepsze określenie – poradził. – I tak miło z jego strony, że nawet mu nie drgnęła powieka na widok naszych dżinsów.
– A spyta? – zagadnęła Rose, zdecydowanie bardziej podekscytowana. Miał rację, najbardziej elegancką restauracją w jakiej gościła, było Pizza Hat, a to już sporo mówiło. Powinna czerpać z tego jak najwięcej nowych doświadczeń.
Później będzie miała czas, żeby nakrzyczeć na Scorpiusa za szastanie pieniędzmi na prawo i lewo  wynajmowanie całej restauracji.
Nie przekonała się jednak co będzie dalej. Ledwo otworzyła menu i przyjrzała się nazwie pierwszej potrawy z listy, gdy błysk srebrnego światła wpadł do restauracji. Zatrzymał się przed twarzą Scorpiusa i uformował w srebrną lisicę.
– Hugo miał wypadek, rodzice Rose są w szkole – oznajmiła lisiczka, głosem Lily Potter. – Zastanawiają się, gdzie jest, niedługo zaczną jej szukać. Pospieszcie się – zakończyła, po czym rozpłynęła się w powietrzu.
Rose jeszcze przez chwilę wpatrywała się w pustą przestrzeń, podczas gdy Scorpius natychmiast wstał i popędził w stronę kuchni.
– Wyjaśniłem sytuację i przeprosiłem – rzucił, kiedy przytruchtał z powrotem. Zdjął płaszcz Rose z wieszaka (nie pamiętała, jak się na nim znalazł) i stanął za nią, pomagając jej go założyć. – Musimy się pospieszyć.
– Myślisz, że z Hugonem wszystko w porządku? – szepnęła gorączkowo.
– Na pewno – odparł, odruchowo obejmując ja ramieniem. – W innym wypadku Lily nie poświęciłaby tyle uwagi na to, że zostaniemy przyłapani.
Wyszli z restauracji i Scorpius zaczął prowadzić ją alejkami z powrotem w kierunku wejścia do tunelu.
– Lily potrafi wyczarować patronusa – uświadomił sobie nagle. – Przecież ona ma tylko piętnaście lat! Nie uczą tego w Hogwarcie.
– Zapominasz, że jej ojcem jest Harry Potter, który dokonał tego już na trzecim roku – przypomniała mu Rose. – Nauczył ją, kiedy była w czwartej klasie. Mnie się udało dopiero w szóstej – przyznała, krzywiąc się z niesmakiem.
Ty też potrafisz wyczarować patronusa? – zdziwił się. – Na Merlina, czy to wy jesteście dziwną rodziną, czy może to ja jestem opóźniony w rozwoju?
Rose postanowiła nie odpowiadać na to pytanie.
– Poprosiłam wujka, żeby zrobił mi szkolenie zaraz po tym, jak Lily dała mi pokaz swoich umiejętności – wyjaśniła.
– Co jest twoim patronusem? – zapytał, zaintrygowany.
– Lwica – oznajmiła. – Jeśli chcesz, mogę kiedyś spróbować cię nauczyć.

***

Wpadli oboje do skrzydła szpitalnego, zapominając, że powinni wejść osobno, a właściwie, że Scorpius w ogóle nie miał powodów, żeby tu być.
Zastali Hugona siedzącego wygodnie na łóżku, popijającego jakiś eliksir wzmacniający pod okiem pani Pomfrey, podczas gdy po drugiej stronie pomieszczenia Draco Malfoy trzymał Ronalda Weasleya przypartego do ściany, usiłując go udusić.
– Eee… – zaczęła Rose, obserwując jak jej matka próbuje rozdzielić dwójkę mężczyzn. – Czyżbyśmy przyszli nie w porę?
– Rosie! – Ucieszyła się Hermiona, zauważając swoją córkę. Jej wzrok na moment przeskoczył na zarumienioną od zimna (czy na pewno od zimna? – pomyślała mgliście kobieta) twarz Scorpiusa, jednak tylko niemal niezauważalnie zadrżała jej brew, zanim ponownie skupiła się na mężu oraz na nauczycielu swoich dzieci. – Och, na rany Severusa… – mruknęła i wyciągnęła różdżkę. Machnęła nią szybko, a w sali rozległ się huk. Następnie Ron opadł na podłogę, a Draco przeleciał przez całe pomieszczenie, lądując z impetem na jednym ze szpitalnych łóżek. – Gorzej niż dzieci – dodała z dezaprobatą, po czym podbiegła by wziąć córkę w ramiona.
– O co im poszło? – wydusiła Rose, kiedy wyplątała się z ramion matki.
– O quiddicha, Ministerstwo Magii, wojnę, smaki drożdżówek… – zaczęła wyliczać Hermiona, po czym machnęła dłonią. – Ale czy to ważne?
– Ekhem – odchrząknął Hugo. – Czy to nie mnie przyszliście odwiedzić? – spytał oskarżycielsko. – Może ktoś by się zainteresował moim ciężkim stanem?
– Nie przesadzaj, synu, nic ci nie jest – wycharczał Ron, masując sobie gardło, demonstracyjnie nie patrząc na Dracona, który, nawiasem mówiąc, robił dokładnie to samo. – Nadal nie mogę pojąć, jak spadłeś z miotły.
– Przestań, Ron – upomniała go Hermiona. – Jakbyś nie zaszczepił w nim tej obsesji, kiedy był małym dzieckiem, może myślałby w pierwszej kolejności o dobrej diecie i właściwym wypoczynku, że już nie wspomnę o nauce…
Jej wywód został przerwany przez następną osobę wpadającą do Skrzydła Szpitalnego. Był to Logan, chłopak o którym Hugo już jakiś czas temu opowiadał Rose. Uśmiechnęła się na widok jego zaczerwienionej po biegu twarzy. Wiedziała, że Hugo jeszcze sam siebie nie rozszyfrował, ale czuła, że obecna sytuacja dobrze mu wróży, skoro Logan najwyraźniej popędził do szpitala najszybciej jak tylko mógł.
– Już… jestem… – wydyszał, opierając dłonie na kolanach, po czym odnalazł wzrokiem Hugona. – Nic… ci nie… jest?
– A ty to kto? – zapytał Ron, brzmiąc przy tym dość nie uprzejmie, ale Rose uznała, że można winić za to jego wyraźne zaskoczenie.
– Ja… – sapnął Logan, nagle świadom obecności wszystkich ludzi w pomieszczeniu. – Jestem… jestem przyjacielem Hugona.
Hugo oblał się najgłębszym rumieńcem, jaki Rose w życiu u niego widziała. Draco Malfoy, który stał teraz obok Scorpiusa, uśmiechnął się złośliwie.
Chwilę później, zamieszanie ponownie przeniosło się na osobę Hugona, a Rose skorzystała z tego, że może zamienić słowo ze Scorpiusem.
– Myślę, że to był znak – szepnęła.
– Znak? – Uniósł brwi.
– Nasza nie–randka się nie udała. Sądzę, że to znak, że nie powinniśmy więcej próbować takich rzeczy. Dobrze jest tak, jak jest teraz.
Scorpius wyraźnie walczył z nagłym atakiem śmiechu.
– Merlinie, ty naprawdę jesteś stuknięta – oznajmił, a oczy błyszczały mu wesoło.
Rose poczuła gorąco na twarzy, gdy przypomniała sobie, kiedy ostatnio powiedział do niej dokładnie to samo zdanie.
– Mówię poważnie!
– Jak sobie życzysz, Rose.
______________________________
Tamtadadaaam!
Ręce opadają…
Spóźniony, ale przynajmniej znowu mam przyjemność (?) przedstawić wam jeden z najdłuższych rozdziałów.
Jak zawsze, czekam na wasze opinie :)

Trzymajcie się!

3 komentarze:

  1. nie lubie przedstawiania Rona jako takiej postaci, która jest tak zaciekła, że nie potrafi pomysleć... trochę szkoda. Draco też nie wyszedł najlepiej, przede wszystkim w rozmowie z Rose, ale póxniej znacznie nadrobił. Bardzo podoba mi się to, że zainteresowanie międz Rose a Scorem stanowi chyba dla wielu osób tajemnicę Poliszynela. Własciwie zastanwia mnie, dlaczego nawet Scor obawia się reakcji Albusa, przecież ten jest jego przyjacielem, wydaje mi sie to mocno dziwne. ogólnie Rose jest rozwalająca z tymi swoimi wnioskami. wciaz nie mogę uwierzyć, że ona naprawdę nie widzi, jak przedmiotowo traktuje Scora z powodu swojego strachu... jak na mój gust, to jej pomysł kończący rozdział i tak długo nie przejdzie. Restauracja tego typu dość mnie zdziwiła, skąd Scor to wytrzasnłą :p nie spodziewałabym sie po Rise, że była co najwyżej w Pizzy Hut xd ale mnie to rozbawilo. podobnie jak jej zazdrosć wobec B...aż dziwne, że tyle przysłychiwała sie ich rozmowie, nic nie mwiąc. NO i jeszcze ten Zmierzch... kocham sposób, w jaki właczasz w magiczny świat Hogwartu naszą populkturę, i to rózne jej odsłony, to jest naprawdę genalnie.
    a na koniec- zakład między Draco a Hermioną mnie rozwalił, niby jak to rozstrzygną? a jeszcze wazniejsze pytanie - co się stało z Ronem i Harrym, gdy oni rozmawiali? przecież chyba nawet Potter by się wtrącił mie mówiąc o Weasleyu xD
    napisalas na koncu "ręce opadają", więc ja pytam, jak tam Twoja ręka :P xD
    zauwazylam swoja droga, ze dwa razy napisalas "ja" zamiast "ją" ;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurcze, szkoda strasznie że Draco nie wyszedł, zależało mi na nim ;c Ale Rona za to będę bronić własną piersią! xd Ron kanoniczny był bardzo zacietrzewiony, jak już się na cos uparł, a Draco był jedna z osób, które stały obok i nic nie zrobiły, gdy torturowano jego ukochaną kobietę, podczas gdy Ron musiał wysłuchiwać jej krzyków. Tak to widzę, że bardzo by mu było cieżko zaufać Draconowi w czymkolwiek, choćby oznajmił, że słońce wstaje na wschodzie.
      Scor obawia sie reakcji Albusa, bo Rose jest jego kuzynką I przyjaciółką, a biorąc pod uwagę jaka relacja jest pomiędzy Scorose teraz, Albus mógłby szybko dojść do obciążajacych Scorpiusa wniosków.
      Rose głupiutka, ale spokojnie, powoli do przodu ;p Cieszę sie, ze fragment ze Zmierzchem ci się podobał :P Co do rozstrzygniecia zakładu to jeszcze trochę poczekamy, zobaczycie jak go rozwiążą :P Harry nie poszedł za nimi do Hogwartu, a Ron popędził przodem.
      Ręka ma się dobrze, dziękuję! :D Już mogę jej używać, tylko boli po dłuzszym pisaniu, ale mam ćwiczenia xd
      Dzięki wielkie za opinię i pozdrawiam! ;*

      Usuń
    2. był uparty, ale nie głupi, jak mógł nie chcieć sprawdzić, czy Hugonowi naprawdę się coś stało - tego pojąć nie mogę :P
      Co do Dracona, to bardzij chodzi o to, że miał wyjść chyba bardziej negatywny, niż wyszedł xD ale może źle to interpretuję ;p
      Hm, no tak, wlasciwie rozumiem, ale tak naprawdę to Rose w tej dwójce jest tą zla stroną :P
      cieszę sie, że z ręką w porządku ;p
      zapraszam do mnie na nowość :P

      Usuń

I jak wrażenia? :) Podziel się w komentarzu!

Najfajniejsi ludzie na świecie