poniedziałek, 6 listopada 2017

EPILOG

OSTRZEŻENIE: Poniższy tekst zawiera w sobie bardzo niebezpieczne ilości cukru!!! Pełnoletnim czytelnikom polecam zapijać poszczególne akapity wódką. Natomiast czytelnikom nieletnim… no nie wiem, może gorzka czekolada? Albo cytryna!
No dobra, epilog jest naprawdę długi. A przynajmniej wg moich norm, bo jest ZNACZNIE dłuższy niż którykolwiek rozdział. Mam nadzieję, ze was nie zanudzę. Jest też bardzo postrzępiony i zawiera dużo skoków w czasie, ale nie będę pisać „miesiąc później”, „trzy lata później” i tak dalej, po prostu rzuciłam różne orientacyjne określenia, żebyście mogli się połapać tak mniej–więcej, bo to nie jest w zasadzie takie ważne :)
______________________________

Najdroższa Rosie,
Tak jak się umawiałem z Tobą i Twoją mamą, postanowiłem Was odwiedzić i wpaść na umówioną kolacje. Zastałem puste domostwo, a sąsiedzi nie chcieli udzielić mi żadnych informacji, poza tą, że twoi rodzice najwyraźniej przebywają na wakacjach. Gdzie się podziałaś? Dlaczego nie odpowiadasz na moje listy? Dlaczego nie odpowiadałaś na te, które wysyłałem w roku szkolnym? Czy wszystko u Ciebie w porządku?
Odezwij się do mnie, proszę, bo bardzo mi zależy na kontynuowaniu naszej znajomości, która przecież zapowiadała się tak owocnie.
Na zawsze Twój,
Marco                  

Nie Tak Znowu Drogi Marco,
Odwal się od mojej dziewczyny. Nie lubi Cię.
Z wyrazami szacunku,
Scorpius Hyperion Malfoy

***

– O mój Boże! – krzyknęła Rose do swojego dwukierunkowego lusterka. – Melody to wspaniale! Nie mogę uwierzyć, że mnie tam z wami nie ma!
– Ja też nie! – krzyknęła Melody, śmiejąc się przez łzy. – Powinniśmy teraz wszyscy pić razem szampana! Score, przestań ją trzymać w tym Paryżu.
– Może dacie mi dojść do głosu, żebym też mógł złożyć moje gratulacje? – marudził Scorpius. – I czemu Albusa nie ma tam z tobą, żebyście razem mogli obwieszczać tę radosną nowinę?
– Och, jesteśmy w Świętym Mungu – wyjaśniła Mel, choć jej twarz nadal tryskała entuzjazmem. – Okazało się, że Albus jest uczulony na homary i właśnie podają mu jakieś eliksiry. Ale nie mogłam wytrzymać, musiałam od razu powiedzieć Rosie!
– Cóż, bardzo się cieszymy… Rose, czy ty płaczesz? – zapytał Malfoy, zerkając niepewnie na swoją dziewczynę.
Siedziała obok niego na kanapie i ocierała policzki rękawem.
– Nie! – pisnęła, po czy potrząsnęła gwałtownie głową. – A nawet jeśli, to co? Moja najlepsza przyjaciółka wychodzi za mąż za mojego kuzyna! Jeśli to nie jest powód do wzruszenia, to nie wiem co nim jest.
– A jak się czuje Albus? – spytał Scorpius, uśmiechając się lekko. – I czemu, na Merlina, dowiedział się o uczuleniu na homary dopiero po dwudziestu latach swojego życia?
– Najwyraźniej nie miał wcześniej okazji ich spróbować. – Mel wzruszyła ramionami. – Zatem wyszło to na jaw, dopiero gdy postanowił oświadczyć się w Hibiscusie…
– W Hibiscusie? – wtrąciła z przejęciem Rose. – O rany. Pewnie wyniosło go to drożej niż sam pierścionek.
– Wygląda na to, że na waszym weselu jednak zatańczymy szybciej niż u Harolda i Cary – powiedział blondyn. – Bo od ich zaręczyn minęły już trzy lata, a o ślubie od dawna nie słyszałem…
– Muszę lecieć, Albus wychodzi z gabinetu – przerwała mu Melody, po czym jej twarz zniknęła z lusterka.
Rose poprawiła swoje długie, futrzane skarpetki i przysunęła się do Scorpiusa na kanapie. Wtuliła plecy w jego klatkę piersiową.
Layla wskoczyła na jej kolana i zaczęła się na nich układać, wbijając pazurki w spodnie od dresu.
– Szkoda, że nie możemy dzisiaj z nimi świętować – westchnęła, relaksując się pod wpływem ciepłego dotyku.
– Wiem, Picasso – odparł Scorpius, całując ją w czubek głowy. – Ale sama namawiałaś mnie, żebyśmy zostali w Paryżu na dłużej.
Kiedy roczny staż w galerii dobiegał końca, Rose poprosiła o przedłużenie umowy. Bardzo dobrze czuła się zarówno we Francji jak i w tej pracy. A do tego Scorpius zatrudnił się we francuskim departamencie współpracy z mugolami, co stwarzało mu znacznie lepsze możliwości niż podobne stanowisko w Anglii.
Mimo że tęsknili za rodziną i przyjaciółmi, Weasley optowała za tym, żeby jednak zostali i wycisnęli z tego wyjazdu najwięcej dobrych doświadczeń, jak to było możliwe. Podobały jej się również spore zarobki, dzięki którym mogli zawzięcie gromadzić oszczędności i przygotowywać się na przyszłość, wbrew wszelakim młodzieńczym instynktom, które jeszcze przez długie lata będą w nich siedzieć. A poza tym, Francuzi najwyraźniej lubili jej obrazy. Skończyło się to tak, że właśnie dobiegał końca już trzeci rok ich pobytu.
– I nie żałuje. Nadal się czuję, jakbyśmy pojechali na jakieś super-długie wakacje – przyznała. – Ale cieszę się, że niedługo wracamy. Strasznie za nimi tęsknie, szczególnie za Melody.
Mruczenie Layli stawało się coraz głośniejsze, a gdy Rose przestała drapać ją za uchem, kotka spojrzała na nią z wyrzutem.
– Rose, rozmawiacie codziennie przez co najmniej dwie godziny – zauważył rozbawiony Scorpius.
– Dobrze wiesz, że to nie to samo – oburzyła się dziewczyna.
– Wiem – westchnął. – Nie martw się. Jeszcze dwa tygodnie i będziemy w domu.

***

– No nie wiem – mruknęła Melody z niesmakiem. – Wciąż wydaje się jakoś za daleko…
Scorpius ledwo powstrzymał się przed zawyciem z frustracji. Nie do końca mógł pojąć, dlaczego Melody i Albus koniecznie musieli wybrać się z nimi na tę wyprawę.
– Mel, spędziłem mnóstwo czasu poszukując fajnego mieszkania, które będzie położone odpowiednio blisko waszego. Będzie nas dzielić zaledwie półtora kilometra. Jeśli nastąpi jakaś magiczna zagłada i stracimy umiejętność teleportacji, i tak będziesz mogła odwiedzać Rose co rano, chociażby na piechotę.
– Tak, chyba damy radę – przyznała Rose, ściskając mocniej jego dłoń. Rozglądała się po kwaterze błyszczącymi oczami. Mieszkanie wciąż było w stanie deweloperskim, ale najwyraźniej było w nim dla niej coś urzekającego. – Ale… sama nie wiem. Na pewno wyrobimy ze spłatami kredytu? Nawet nie wiemy, czy moje obrazy będą się tu sprzedawać.
– Rosie, w Paryżu byłaś praktycznie celebrytką. Nie wydaje mi się, żebyśmy my, Anglicy mieli fatalny gust, więc nie masz się czym martwić – wtrącił Albus.
– Nie bardzo można być dzisiaj celebrytą, jeśli chodzi o malarstwo – powiedziała Rose, krzywiąc się lekko. – Ale dobrze, nawet jeśli tutaj też się przyjmą… och, no nie wiem, może powinniśmy jeszcze raz poprosić profesora Malfoya o radę?
– Po pierwsze, Rose, chyba czas najwyższy, żebyś przestała go nazywać profesorem – odparł Scorpius, przewracając oczami. – A po drugie, mój ojciec, wbrew temu co sobie wyobraża, nie jest geniuszem finansowym. Poza tym, on i tak znów zacząłby nas namawiać, żebyśmy zamieszkali w Dworze Malfoyów, bo myśl że jakikolwiek Malfoy miałby mieszkać gdzieś indziej jest dla niego niedorzeczna.
 – A ja nadal nie do końca rozumiem, dlaczego chcecie kupować mieszkanie – wtrąciła Mel, kręcąc nosem. – Nie lepiej coś wynająć i poczekać, aż będziecie mogli kupić jakiś ładny dom z ogródkiem, na obrzeżach?
– Nie chcę mieszkać w domu z ogródkiem – mruknęła Rose, głaszcząc z czułością białą ścianę. – Wole mieszkanie, zwłaszcza takie duże. I nie lubię siedzieć na obrzeżach, z daleka od wszystkiego co fajne. A co, jeśli zachce mi się zamówić chińszczyznę o trzeciej nad ranem?
Mieszkanie było położone na szesnastym piętrze niedawno wybudowanego wieżowca, w tętniącym życiem centrum Londynu, które zdawało się nigdy nie spać. To była właśnie atmosfera, którą Rose lubiła najbardziej.
– Nie trzeba wszystkiego robić w sposób konwencjonalny – wtrącił Scorpius, obejmując Rose w pasie. – A poza tym, mój ojciec nie lubi apartamentowców, więc jest szansa, że jeśli tu zamieszamy, to będzie odwiedzał nas rzadziej – dodał pogodnie.
Rose uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością.
– Bierzemy – powiedziała.

***

Nowy Program Ministerstwa Ujawniony
Z dniem dzisiejszym planowane jest rozpoczęcie najnowszego projektu Ministerstwa Magii, którego celem ma być wykorzenienie uprzedzeń, wciąż obecnych w naszym nowoczesnym świecie oraz budowanie nowej przyszłości, wolnej od ograniczeń i nietolerancji, które doprowadziły do Drugiej Wojny. Program będzie prowadzony przez dwunastoosobową załogę. Na jej czele stanie młody entuzjasta mugoloznawstwa, Scorpius Malfoy (20), który przeszedł ciężką drogę, walcząc o swoje miejsce w projekcie (pełna relacja na stronie 9).
Krytycy nie są nastawieni entuzjastycznie, a wielu z nich twierdzi, że program należy z góry „skazać na porażkę”, ponieważ jest „jedynie żałosną próbą wmówienia społeczeństwu, że Ministerstwo robi cokolwiek produktywnego”. Ci sami krytycy są zdania, że całe przedsięwzięcie przyciągnie jedynie osoby mające „niezdrową obsesję” na punkcie mugoli, a nie osiągnie niczego, co mogłoby poradzić sobie z prawdziwymi problemami, wciąż zakorzenionymi w starych, czystokrwistych rodzinach. Zdają się twierdzić, że czarodziejskie elity nigdy nie zapiszą się na takowy kurs, a projekt wkrótce umrze śmiercią naturalną.
Nadchodząca rewolucja, czy może niedorzeczna strata czasu i pieniędzy? Czas pokaże.

***

– Skończyłeś z piwnicą? – zapytała Rose, uśmiechając się do Scorpiusa z drabiny. Stała na niej, ubrana w poplamione farbą ogrodniczki i malowała ścianę jaskrawożółtą farbą.
– Tak, jest czyściutko – odparł Scorpius. – Eee… Rose, jesteś pewna, że to jest właśnie kolor, w jakim chcemy mieć kuchnię? – zapytał z wahaniem.
Rose przewróciła oczami i otarła policzek wierzchem dłoni, tym samym zostawiając na nim kolejną smugę farby.
– Zaufaj mi, będzie ładnie. Potem dodam w niektórych miejscach fajny, czerwony wzorek.
Scorpius zmarszczył podejrzliwie brwi.
– Czy ty próbujesz mnie indoktrynować barwami Gryffindoru? Czy może to jakiś zamach na niewinne umysły naszych potencjalnych dzieci?
– Ha-ha – mruknęła Rose, łapiąc pojedynczy lok, który wydostał się z niedbałego koka i wpychając go tam z powrotem.
– No dobrze, wracając do tej piwnicy – zaczął Scorpius. – Pomyślałem, że skoro na razie nie mamy potrzeby, żeby cokolwiek tam trzymać, wykorzystamy ja w inny sposób. Już to urządziłem.
– Czyli co konkretnie? – spytała Rose, odkładając pędzel.
– Nie umiem tego opisać – powiedział, uśmiechając się szeroko. – Ale mogę ci pokazać.
Wspomnienie zadzwoniło gdzieś z tyłu jej głowy, choć nie potrafiła umiejscowić go w czasie i przestrzeni. Wiedziała tylko, że gdzieś to już słyszała. Skinęła głową.
Scorpius podszedł do drabiny i objął ramionami jej uda, po czym uniósł ją i postawił na ziemi.
– Powinnam się przebrać? – zapytała Rose, zerkając na swoje poplamione różnymi kolorami farb ogrodniczki. Nadal czuła zaschniętą farbę na twarzy i we włosach, choć nawet nie chciała się zastanawiać, jak to z nich zmyje. – Ktoś z sąsiadów może nas zobaczyć i pomyśleć, że tak chodzę po mieście.
Scorpius uraczył ją jedynie wzniesieniem oczu do nieba.
– Wszyscy wiedzą, że się wprowadzamy i remontujemy mieszkanie – oznajmił. – Już nawet zawarłem kilka znajomości. Pani Carter spod szesnastki zdążyła mi opowiedzieć o wszystkich najbardziej hałaśliwych mieszkańcach.
– No dobrze – westchnęła Rose. – Prowadź.
Kiedy weszli do windy, oczywiście okazało się, że nie będą w niej sami. Towarzyszyło im dwóch mężczyzn, jedna kobieta i pies. Rose starała się nie myśleć o tym, że jest umorusana farbą, a zamiast tego skupiła się na pozytywach. Na przykład tym, że ma na sobie stare, postrzępione tenisówki, dzięki czemu nikt nie wie, że ma dwie różne skarpetki, które do tego są dziurawe. Obie.
Kiedy wysiedli, Scorpius poprowadził ją ciemnymi korytarzykami, aż w końcu dotarli do drzwiczek, które były oznaczone tym samym numerem co ich mieszkanie.
– Ty masz klucz – przypomniała mu, kiedy przez dłuższą chwilę żadne z nich się nie poruszyło. – Czemu nie otwierasz?
– Momencik – porosił, grzebiąc w kieszeniach swoich również poplamionych farba dżinsów. Po chwili wyciągnął z nich jakiś zielony skrawek materiału. – Pozwolisz, że zawiążę ci oczy? – zapytał niewinnie.
– Scorpius, przecież wiem, jak wygląda nasza piwnica – westchnęła Rose, ale pozwoliła przysłonić sobie wzrok i cierpliwie czekała, aż chłopak skończy mocować się z jakimś dziwacznym, skomplikowanym węzłem.
Usłyszała, jak drewniane, skrzypiące drzwiczki się uchylają, a następnie Scorpius delikatnie położył jej dłoń na plecach i wprowadził ja do środka.
Jak tylko drzwi się zamknęły, zabrzmiała muzyka.
Były ty bardzo łagodne, subtelne dźwięki, przypominające kołysankę. Rose nie znała tej piosenki, ale nie to w tej chwili zaprzątało jej głowę. Natychmiast ogarnęło ją dziwne, lecz znajome uczucie. Muzyka wypełniała ją od środka, jednocześnie zajmując każdą dostępna przestrzeń na zewnątrz, jak powietrze. Dzwoniła jej w uszach stanowczo i wyraźnie, wywołując to wrażenie, że staje się niemal materialna.
– O rany – odezwała się Rose, a jej szept zabrzmiał wyraźnie, mimo otaczających ją dźwięków. – Jak przyniosłeś tutaj Nuciciele?
– Nałapałem ich jeszcze we Francji – wyjaśnił Scorpius, a dziewczyna nie potrafiła umiejscowić w myślach, skąd dochodzi jego głos. – Tam najłatwiej je spotkać, jeśli się wie gdzie szukać. Trochę mi to zajęło, ale przyznasz, że efekt jest niesamowity.
– Jest – odparła, a wspomnienia z ich pierwszego pocałunku przebiegały jej przed oczami. Nie miała wtedy okazji dobrze się przyjrzeć tym stworzeniom. – Mogę zdjąć opaskę?
– Tak.
Odgarnęła materiał na czoło. W małym pomieszczeniu nie świeciła się żadna żarówka, ale nie było to potrzebne. Setki, tysiące maleńkich, fruwających światełek rozpraszały półmrok, będąc ciągle w ruchu i delikatnie wibrując. Ale Rose znów nie miała czasu zachwycić się tym widokiem, z powodu tego, co znajdowało się tuż przed nią.
Scorpius Malfoy, klęczący na jednym kolanie i trzymający w górze pudełko z pierścionkiem. Uśmiechał się lekko, a światełka tańczyły w jego srebrnych oczach.
– Rose Nimfadoro Weasley, czy zostaniesz moją żoną?
Rose przestała oddychać, wytrzeszczając na niego oczy.
– Czy musiałeś użyć mojego pełnego imienia? – wypaliła, zanim zdążyła zapanować nad językiem.
Scorpius uniósł brew.
– Myślałem, że tego wymaga tradycja. Wyjdź za mnie.
– Nie jesteśmy na to za młodzi? – spytała zachrypniętym głosem, nie bardzo wiedząc dlaczego nie może się powstrzymać przed zadawaniem pytań. Łzy wzruszenia już rozmywały jej wizję.
– Rose, mamy po dwadzieścia jeden lat i codziennie rano pytasz mnie, czy widać już jakieś zmarszczki wokół twoich oczu. Wyjdź za mnie.
– Myślałam, że przed oświadczynami trzeba wygłosić romantyczną przemowę.
Scorpius zaczynał się niecierpliwić.
– Ale ty nie lubisz romantycznych rzeczy. A przynajmniej nie romantycznych w ten oczywisty sposób. Wyjdź za mnie.
– A spytałeś mojego tatę o zgodę?
– Niech cię cholera, Rose! – wykrzyknął, przeczesując włosy palcami z frustracją. – Tak, spytałem! Wyjdź za mnie
– Ale…
– Dobra! – warknął, zatrzaskując pudełko z pierścionkiem. – Chcesz romantycznej przemowy, to będziesz ją miała. Ale niech potem usłyszę choćby jedną sylabę słowa „niezręcznie”, to przysięgam, że nie ręczę za siebie.
Podniósł się z klęczek, otrzepał spodnie, podszedł do niej i zniecierpliwionym ruchem odgonił sprzed twarzy kilku Nucicieli. Chwycił ją za dłonie.
– Od jedenastu lat, moje życie jest cudowne, bo ty w nim jesteś. Cztery lata temu stało się jeszcze lepsze, bo w końcu mogę nazywać cię moją. Każdego dnia kiedy się budzę, chcę tylko, żeby ów dzień zaczął się od widoku twojego uśmiechu. Chciałbym codziennie dawać ci nowe powody do tego uśmiechu. Kocham twój sarkazm i twoją przedziwną umiejętność uczynienia każdej sytuacji sto razy dziwniejszą. Kocham wszystkie te spopielone naleśniki, przypalone sosy i twarde jak kamień ciasta, które z uporem maniaka przyrządzasz. Kocham każdą opowieść o tym, jak mówisz coś dziwnego do obcych ludzi. Kocham wszystkie te skarpetki, które ciągle znajduję gdzieś w pościeli, bo zawsze zdejmujesz je przez sen i kocham jak co rano budzisz mnie odgłosem tłuczonych naczyń, bo jakimś cudem wszystko wyślizguje ci się z rąk. Kocham ciebie, Rose. Jesteś źródłem mojego szczęścia i moje życie bez ciebie byłoby strasznie, paskudnie, obrzydliwie nudne. A to tylko kilka powodów, dla których mam nadzieję spędzić z tobą resztę życia.
Rose czuła, jak łzy na jej policzkach mieszają się z resztkami farby.
– Zadowolona? – zapytał, a kącik jego ust zadrżał, wyrywając się do uśmiechu. Rose skinęła głową. – W takim razie, czy mogłabyś, do jasnej cholery, w końcu mi odpowiedzieć? Bo przysięgam, że zaraz eksploduję z nerwów.
– Och, na Merlina, miałam od tego zacząć! Oczywiście, że za ciebie wyjdę!
Chłopak głośno wypuścił powietrze. Ponownie otworzył pudełko, wyciągnął pierścionek i delikatnie wsunął jej na palec. Rose zarzuciła mu ręce na szyję, a odgłosy jej przytłumionych szlochów mieszały się z jego cichym śmiechem, kiedy uniósł ją lekko nad ziemię.
Nuciciele wciąż śpiewały.

***

A czy ty mógłbyś żyć jak mugol?
Jak wiele wiesz o mugolach? Wystarczająco, by ubrać się jak jeden z nich i nie przyciągać uwagi? Prawdopodobnie. Wystarczająco by podtrzymać rozmowę i nie powiedzieć przy tym niczego niemądrego? Być może. Wystarczająco by żyć jak mugol przez kilka miesięcy? Raczej nie! Dzisiaj, po raz pierwszy, siedmioro dorosłych czarodziejów i czarownic wyruszy do mugolskiego świata, w celu spróbowania życia bez używania magii. W ciągu ostatnich czterech miesięcy studiowali mugolskie nawyki, mugolską kulturę, a nawet użycie elektroniki. Potrafią odbierać telefony, oglądać ruchome obrazy (z naszych źródeł wynika, że nie są to zdjęcia, a nazywane są „filmami”) i gotować posiłki.
Program, który jeszcze niedawno określano jako „skazany na porażkę” zaprzeczył słowom krytyków i przyciągnął zaskakującą liczbę chętnych. Aczkolwiek jeszcze nie można jednogłośnie nazwać go sukcesem, ponieważ to właśnie najbliższe miesiące i starania siedmiorga śmiałków będą tutaj czynnikiem decydującym. Czy kandydatów naprawdę przygotowano na czekające ich wyzwania, czy może jednak mugolski świat okaże się zbyt trudny nawet po szkoleniu?
Niezależnie od rezultatów, całe przedsięwzięcie z pewnością będzie ciekawym eksperymentem.

***

Scorpius przyglądał się Haroldowi z powątpiewaniem. Rose nie mogła oderwać wzroku od czterech walizek rzuconych na progu.
– Jakim cudem pokłóciliście tak bardzo, że Cara wyrzuciła cię z mieszkania? – zapytał blondyn.
Harold wzruszył ramionami.
– Jakoś tak wyszło.
– A od czego się ta kłótnia zaczęła? – dociekała Rose.
– Od tego, że musiałem odejść z pracy.
– Dlaczego?
– Bo mi kazali.
Scorpius uniósł brwi, wpatrując się w przyjaciela z litością pomieszaną z rozbawieniem.
– Czyli zostałeś zwolniony? Co zrobiłeś? I właściwie czemu ciągle pracowałeś w tym sklepie, miałeś się tam zakręcić tylko do czasu aż Lily skończy szkołę.
– Ale Lily upierała się, że jest za młoda i za mało doświadczona na prowadzenie firmy, wiec zaczęła robić te wszystkie kursy z marketingu i zarządzania… no i właściwie niedługo mieliśmy startować, wszystko miało się układać… ale Carze odbiło i wywlekła na mnie wszystko no i teraz jestem bezdomny.
Rose westchnęła ciężko i osunęła się po ścianie na podłogę.
– A co konkretnie wywlekła?
– Och, no wiesz. To, że zaręczyliśmy się cztery lata temu, a o ślubie ani widu ani słychu, i że jej nawet nie chodzi o to, że nie mamy na niego pieniędzy, bo naprawdę mogłaby się pobrać w Vegas… ale ja podobno jestem niezdecydowany i nadal nie wiem czego chcę, a do tego mam dojrzałość emocjonalną rozwielitki – skwitował Harold. – Co jest oczywistą nieprawdą.
– I oczywiście natychmiast pomyślałeś, że najlepiej będzie wprowadzić się do nas? – spytał Scorpius, opadając na ziemię obok swojej narzeczonej. Wydawał się wykończony samym tym pomysłem.
– Macie większe mieszkanie niż Albus i Melody. – Harold wzruszył ramionami. – Pomyślałem, że czujecie się tu samotni. Który pokój mogę zająć?
Ponownie wzdychając, Rose podniosła się z ziemi i ruszyła korytarzem. Dwaj mężczyźni również wstali, chwycili walizki i powlekli się za nią.
– Hej, Score, ile właściwie wydałeś na ten pierścionek? – zainteresował się Harold, widząc połyskujący diament na palcu Rose. – Zawsze zapominam spytać.
Scorpius przewrócił oczami. Harold od lat był tak bardzo zainteresowany jego stanem majątkowym, że prawdopodobnie sam chciałby go poślubić.
– Ani knuta – odparł. – To rodzinny pierścień Malfoyów. Co prawda chciałem kupić Rose coś nowego, co by do niej bardziej pasowało, ale ojciec powiedział, że jeśli nie oświadczę się tym pierścionkiem to mnie wydziedziczy.
– Jest piękny – skomentowała Rose, otwierając przed Haroldem drzwi do jego nowego pokoju.

***

– Harold, musimy porozmawiać – zaczęła Rose, gdy oboje ze Scorpiusem usiedli naprzeciwko niego przy stole w kuchni. Ich przyjaciel dziarsko ładował sobie do ust płatki śniadaniowe.
– Chodzi wam o pająki? – zapytał, wypluwając przy okazji trochę mleka.
– Pająki? – odezwał się nerwowo Scorpius.
– Jako że skończyliśmy remontować mieszkanie, chcemy zaprosić resztę przyjaciół i znajomych, w tym Carę, na cos w rodzaju parapetówki – oznajmiła Rose.
– Czy on powiedział „pająki”?
– Scorpius ostatnio sporo pracuje, a ja próbowałam zaplanować cokolwiek sama, więc cała ta impreza jest moim małym dzieciątkiem – kontynuowała Weasley. – No wiesz, żarcie, alkohol, wszystko zorganizowałam…
– A wracając do tych pająków… – Scorpius się nie poddawał.
– Tak czy siak, całe wydarzenie jest dla mnie dość ważne, więc z góry zakładam… i mówię to z całą miłością na jaką mnie stać… że wszystko zepsujesz. Ty i Cara.
Harold spojrzał na dziewczynę z wesołym uśmiechem.
– Rosie, nie zepsuję twojej imprezy. Będę się zachowywał wzorowo, przysięgam. Jeśli cię to jakoś pocieszy, nawet nie zbliżę się do Cary, żeby nie kusić losu.
– Co z tymi pająkami?! – wykrzyknął w końcu Scorpius, tracąc panowanie nad głosem.
Harold spojrzał na niego zaskoczony.
– Jestem bezrobotny, wiec postanowiłem zająć się czymś nowym, no wiecie, znaleźć jakieś hobby. W mim pokoju jest sto czternaście pająków.
Miska z płatkami została zrzucona na ziemię.
Rose nigdy by się do tego nie przyznała na głos, ale trochę się ucieszyła, że w końcu to nie ona stłukła naczynie w tym domu.

***

– Scorpius, jesteśmy na Karaibach! – westchnęła Rose, po raz szesnasty w ciągu ostatnich dwóch godzin. – Nie mogę uwierzyć, że jesteśmy na Karaibach!
Scorpius spojrzał na nią z rozbawieniem i przyciągnął ją bliżej siebie, kołysząc ich w rytm muzyki.
– Picasso, jesteśmy na Karaibach już trzy doby. Planujesz przestać to powtarzać w najbliższej przyszłości?
– Chyba nie – przyznała Rose. – Będę powtarzać, że jesteśmy na Karaibach, dopóki będziemy na Karaibach.
– Naprawdę jesteś tym zaskoczona? Dobrze wiedziałaś, że wesele Melody zmiażdży nas swoim rozmachem – powiedział Scorpius, rozglądając się wokół.
Ogromny, biały namiot, w którym mieścił się parkiet, stoliki i zespół, był położony przy samym morzu. Jeśli miało się ochotę tańczyć i jednocześnie moczyć stopy w słonej wodzie, wystarczyło zejść z parkietu.
Rose żałowała, że ma tylko jedną parę oczu, bo nie wystarczyła ona, żeby ogarnąć wzrokiem cały ten przepych.
– Rose, Scorpius, moglibyście iść do któregoś ze stolików plażowych i tam na nas poczekać? – zapytała Mel, która właśnie się przy nich pojawiła. Wyglądała zniewalająco w zwiewnej, białej sukience i wianku w czarnych włosach, do którego wcześniej był przymocowany welon. Wszelkie zabawy weselne już mieli za sobą, a więc aktualnie welon unosił się za tańczącą kilka metrów dalej Mirandą, która w bardzo widowiskowy sposób go złapała.
Obok niej stał Albus, a jego szczęście mieszało się z nieco innym wyrazem twarzy. Jakby lekko przestraszonym. Co było dość niezwykłe jak na nowożeńca.
– Pewnie – odparła Rose, zawsze chętna by zejść z parkietu. – A coś się stało?
– Po prostu musimy wam o czymś powiedzieć – odparła Melody z uśmiechem. – Widział ktoś Harolda?
Rose i Scorpius uśmiechnęli się do siebie znacząco, po czym oboje wskazali Mel ustronne miejsce w kacie namiotu.
Harold i Cara siedzieli bardzo blisko siebie, uśmiechając się czule i co jakiś czas szepcząc coś do nieśmiało. Dziewczynie rumieniec nie schodził z twarzy.
– Czas najwyższy – skomentował Scorpius. – Wszyscy kochamy Harolda, ale po tej akcji z pająkami nie mogę się doczekać, aż się wyprowadzi.
Melody skinęła głową z zadowoleniem, po czym oddaliła się we wskazanym kierunku.
– Hej, Albus? – zapytała Rose, nie mogąc się powstrzymać. – Jakim cudem zorganizowaliście pieniądze na wesele na Karaibach?
– W bardzo prosty sposób – odparł Potter. – Wymyśliłem kilka sposobów na ograniczenie kosztów, a Melody posłała mnie do diabła.
Jakieś piętnaście minut później, wszyscy – Scorpius, Rose, Harold, Cara, Albus i Melody – zebrali się przy jednym z plażowych stolików. Znajdowali się teraz na tyle daleko od namiotu, że muzyka była niemal niedosłyszalna. Szum wydawał się znacznie głośniejszy.
– No dobrze – zaczęła Melody. Jedną dłonią złapała Albusa ze rękę, a drugą położyła sobie na brzuchu. – Będziemy rodzicami.
Harold zsunął się z krzesła i runął w piasek.
– Gratulacje! – pisnęła Cara, nie wiedząc komu pierwszemu powinna rzucić się w ramiona.
– Ale to nie wszystko! – poskromiła ją Melody.
– Nie? – zdziwił się Albus.
– Nie. – Mel uśmiechnęła się do niego radośnie. – Dla ciebie też mam niespodziankę. Przed wyjazdem byłam w Mungu i dowiedziałam się… że będziemy mieli trojaczki.

***

Od Niechęci Do Miłości
Rozpoczęta rok temu inicjatywa, mająca na celu zażegnać uprzedzenia wobec mugoli, ma dziś sporo do świętowania. Mimo sceptycznych opinii, program przyciągnął setki chętnych w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, a kursanci głoszą same pozytywne opinię.
– To doświadczenie całkowicie zmieniło nie tylko sposób w jaki patrzę na mugoli, ale całe moje życie – mówi Mary Berman (35). – Nie miałam pojęcia, jak ciężkie jest życie bez magii, nawet przez kilka miesięcy. Teraz przepełnia mnie szacunek do mugoli, którzy dają sobie z tym radę każdego dnia. Sposoby, jakie wymyślili, żeby radzić sobie z problemami, które my możemy zlikwidować jednym machnięciem różdżki są naprawdę zadziwiające.
Doświadczenie było wartościowe nie tylko pod względem edukacyjnym – przyniosło również inne, niespodziewane efekty.
– Nawiązałam wiele znajomości, żyjąc w mugolskim Londynie – zdradza nam Mary. – Wszyscy są mugolami, ale oprócz tego jesteśmy niewiarygodnie podobni. Pochodzę z dość starej rodziny, która od pokoleń nie mieszała krwi czarodziejów, więc nie miałam nigdy wielu możliwości nawiązania takiej interakcji, ale byłam zaskoczona, jak dobrze się czułam w ich towarzystwie. Kobieta, która mieszkała obok mnie, mugolka o imieniu Lucy, stałą się dla mnie jak siostra. Nie mogę jej rzecz jasna powiedzieć, że jestem czarownicą, ale oprócz tego dogadujemy się świetnie.
Większość sukcesu nowatorskiego programu przypisuje się jego liderowi, Scorpiusowi Malfoyowi (22) oraz jego czarującej, entuzjastycznej asystentce, Mirandzie Zabini (22). Tworzą zgraną drużynę i osiągnęli nieoczekiwane rezultaty swoimi niezwykłymi i radykalnymi metodami nauczania, zdobywając poziom, którego nikt nie mógł przewidzieć.
Co będzie następne? Jak daleko zajdzie ta inicjatywa? Biorąc pod uwagę pozytywne rezultaty i chęć dalszego działania, nie wydaje się, aby cokolwiek mogło ich powstrzymać.

***

– Panie profesorze? – zawołała Rose, błąkając się po ogromnym holu. – Pani Malfoy?
– Rose, myślę, że biorąc pod uwagę fakt, iż jesteś zaręczona z moim synem, powinnaś w końcu zacząć mi mówić po imieniu – powiedział Draco, wyłaniając się zza dębowych drzwi, prowadzących do salonu. A właściwie salonu numer jeden; Rose wciąż nie była pewna ile pomieszczeń znajduje się w Dworze Malfoyów.
– Dla mnie zawsze pozostanie pan profesorem – wyjaśniła. – W końcu tyle mnie pan nauczył – dodała ironicznie.
Draco przewrócił oczami i gestem zaprosił ją do jednego z korytarzy, który, jak się okazało, prowadził do kuchni.
– Nigdy nie zrozumiem, dlaczego za każdym razem jak tu jesteś masz zaskoczony wyraz twarzy, ilekroć wchodzisz do pomieszczenia – westchnął Draco. – Może powinienem rozdawać ludziom mapy, zanim wpuszczę ich do środka?
– Nie sądzę, żeby dla reszty społeczeństwa było to konieczne, ale mógłby pan załatwić chociaż jedną dla mnie – przyznała. – W każdym razie, wpadłam tylko na chwilę, po drodze z zakupów świątecznych, żeby coś tutaj zostawić, więc proszę się uspokoić z tą herbatą – powiedziała szybko, widząc, że Draco już zaczął gotować wodę.
Zanim zaczęła ich tutaj wraz ze Scorpiusem odwiedzać, w życiu by się nie spodziewała, że profesor Malfoy miał w sobie jakiekolwiek zalążki gościnności. W końcu kiedyś twierdził, że ledwo pamięta, jak wygląda jego własna kuchnia. Ale najwyraźniej robił wyjątki dla syna i jego narzeczonej.
– Co zostawić? – zapytał ciekawie, krzyżując ramiona na piersi. – I czy to nie mogło zaczekać do jutra, kiedy będziemy widzieć się na świątecznym obiedzie? A poza tym, Rose, przecież jest Wigilia, więc czy naprawdę nie mogłaś wcześniej pomyśleć o świątecznych zakupach…
Rose zignorowała jego upierdliwe trajkotanie i pogrzebała w jednej z papierowych toreb, które wisiały w zgięciu jej łokcia. Po chwili wyjęła z niej dwa, grube swetry: jeden musztardowo żółty oraz drugi, ciemnozielony, z wielkim, srebrnym „D” wyszytym na piersi.
– Babcia Molly uznała, że skoro ja i Scorpius mamy się pobrać, to generalnie już jesteśmy jedną, wielką, sikającą na różowo rodziną – wyjaśniła, widząc zaskoczone spojrzenie Draco. – No i oczywiście musiała wam wydziergać te swetrzyska, bo to chyba jakiś rodzaj babcinej inicjacji. W każdym razie, zapomniała wysłać je razem z reszta świątecznych prezentów, więc zaproponowałam, że po prostu je podrzucę.
Draco powoli chwycił wełniany materiał i uniósł go na wysokość twarzy.
– Ehm… ja… dostałem sweter Weasleyów… – wymamrotał. – Do jasnej cholery… Przez lata musiałem przyglądać się jak skończony kretyn tym wszystkim rudym pomiotom, które paradowały po zamku w tych paskudztwach, jak jakaś pieprzona rodzina królewska, a teraz… – odruchowo przytulił sweter do piersi.
Rose przyglądała mu się z uniesionymi brwiami.
– Wie pan, to jednak prezent, więc…
Ale Draco już jej nie słuchał. Pędem rzucił się w kierunku korytarza, potykając się o własne nogi.
Rose nigdy nie wiedziała profesora Malfoya biegnącego gdziekolwiek.
– Astoria! – wrzasnął, ślizgając się na zakręcie. – Astoria, dostałem sweter Weasleyów!

***

Drużyna Marzeń Sięga po Więcej
Półtora roku temu „Scorpius Malfoy” zdawało się być nazwiskiem kojarzonym wyłącznie z byłymi Śmierciożercami, Lucjuszem i Draconem Malfoyem i niczym poza tym. Dzisiaj Scorpius, wraz ze swoją asystentką Mirandą Zabini, uznawani są za bohaterów pro-mugolsich kampanii, celebrytów czarodziejskiego świata i potencjalnych kandydatów do Orderu Merlina. Duet jest odpowiedzialny za projekt, który zrewolucjonizował pogląd czarodziejskiej społeczności na mugoli. Już od pierwszych miesięcy trwania programu liczba zbrodni i wykroczeń popełnionych na tle nienawiści wobec obywateli pozamagicznych zmalała o niemal osiemdziesiąt procent.
Czemu ta dwójka czarodziejów zawdzięcza swój sukces? Choć Ministerstwo zarzeka się, że od początku aktywnie wspierało inicjatywę, nasze źródła ujawniają, że Scorpius stoczył ciężki bój, walcząc o choćby rozważenie jego pomysłu, a kiedy już został on zaakceptowany, otrzymał minimalne fundusze. Jeśli zatem asysta Ministerstwa na niewiele się zdała, to co pozwoliło tej dwójce młodych ludzi na realizację idei? Wygląda na to, że na podziękowania zasługuje przede wszystkim ich zaangażowanie i ciężka praca.
– Bardzo wspierali mnie moi przyjaciele: Albus, Harold i Melody oraz oczywiście rodzice – powiedział nam w wywiadzie Scorpius, co może być zaskoczeniem dla tych, którzy nadal myślą o Draco Malfoyu jako o Śmierciożercy głoszącym przestarzałe ideały. – Ale to moja narzeczona, Rose, zachęcała mnie od samego początku, żebym gonił te marzenia, nawet wtedy, kiedy mnie samemu wydawały się one jedynie naiwnymi, nierealistycznymi mrzonkami. Bez niej niczego bym nie osiągnął. Miranda również była wspaniała, jest świetną współ-liderką i ma w sobie mnóstwo zaraźliwego zapału.
Miranda oferuje nam równie pozytywną opinię o swoim współpracowniku.
– Scorpius jest jedną z najbardziej charyzmatycznych osób jakie znam. Nie sposób go nie polubić. Można go przedstawić jakiemuś staroświeckiemu, konserwatywnemu czarodziejowi czystej krwi, o bardzo ograniczonych poglądach, a po dziesięciu minutach zacznie on podważać wszystko w co do tej pory wierzył i spojrzy na świat z zupełnie innej perspektywy. Nie wiem jak on to robi.
Podczas gdy Miranda zajmuje się sprawami organizacyjnymi, dla nikogo nie jest tajemnicą, że to Scorpius jest stroną inspirującą i przedstawiającą pomysły. Potrafi również dobierać właściwych ludzi do drużyny, którą kieruje. Warto wspomnieć, że ostatnio zatrudniono sześciu nowych prowadzących, ze względu na rosnącą liczbę chętnych. Kursanci chętnie opowiadają o niezwykłych i jasnych metodach objaśniania zagadnień.
Wygląda na to, że sama inicjatywa na tym się nie skończy.
– Aktualnie powołałem dwie inne załogi, z których jedna zajmuje się opracowywaniem magicznych sposobów na wykorzystanie mugolskich urządzeń – zdradza nam Scorpius. – Druga drużyna ściśle współpracuje z dyrekcją Hogwartu. Chcemy przystosować jedną klasę zamku w taki sposób, aby można tam było korzystać z urządzeń elektronicznych. Uważamy, że uczniowie, którzy decydują się uczęszczać na mugoloznawstwo będą mieli znacznie lepsze warunki do nauki, jeśli stworzy im się możliwość rzeczywistego obcowania z tym co omawiają. A poza tym, kto wie, może po prostu będą mieli ochotę iść po lekcjach do takiej klasy i obejrzeć film czy zadzwonić do rodziców?
Zaledwie siedemnaście miesięcy po tym, jak krytycy określili samą ideę „skazaną na porażkę”, radykalny program całkowicie zmienił charakterystykę naszego społeczeństwa. Możemy jedynie mieć nadzieję, że Scorpius i Miranda nadal będą rzucać nam wyzwania.

Rose z uśmiechem skończyła wycinać artykuł z gazety i odłożyła nożyczki na stolik.
– Nigdy w życiu nie byłam z nikogo tak dumna – powiedziała do siedzącego obok Scorpiusa.
Harold, który wpadł odebrać resztę swoich rzeczy przewrócił tylko oczami.
– To dlatego, że jeszcze nie mamy dzieci – zażartował Scorpius.
Spłoszona Rose podskoczyła gwałtownie na siedzeniu i posłała mu poirytowane spojrzenie.
– To znaczy, chciałem powiedzieć to dlatego, że nie mamy dzieci. Bez jeszcze – zreflektował się szybko chłopak.
Weasley odetchnęła z ulgą i podeszła do tablicy korkowej, którą Melody podarowała im jako prezent przeprowadzkowy. Aktualnie była ona zapełniona przeróżnymi wycinkami z gazet, w których Scorpius został chociażby wspomniany w ciągu ostatnich kilku lat.
– Rosie, co to właściwie ma być, jakiś rodzaj ołtarzyka? – zapytał z niesmakiem Harold, wpychając do walizki swoje hantle, które nigdy nie zostały i nie zostaną przez niego użyte.
– Zamknij się – odparowała Rose, uśmiechając się wesoło do swojego dzieła.

***

– Potrąciłem jelenia – oznajmił Albus, opadając ciężko na kanapę.
Scorpius spojrzał na niego znad książki i uniósł brwi.
– I przyjechałeś tutaj, żeby mi o tym powiedzieć?
Potter westchnął tak głośno i przeciągle, jakby dźwigał na barkach ciężar całego świata. Jego trzy, śliczne córeczki dawały mu nieźle popalić.
– To było dość traumatyczne – tłumaczył Albus – I właściwie nie do końca go potrąciłem, po prostu on spanikował i rzucił się swoim jelenim ciałem w drzwiczki mojego samochodu. Rozwalił mi lusterko. – Spojrzał z niesmakiem na przyjaciela. – Ty, ci twoi mugole i ich wynalazki. Niepotrzebnie w ogóle dałem się namówić na auto. To nie jest normalne, żebym czuł, jakby świat się kończył, tylko dlatego, że mojemu audi przybyło kilka nowych rysek.
– Co ty w ogóle robiłeś w miejscu, w którym można potrącić jelenia? – dociekał Scorpius, zamykając z trzaskiem powieść i odkładając ją na bok. – Mieszkasz w centrum Londynu.
Albus wyraźnie się zmieszał i nerwowo poprawił okulary na nosie.
– No cóż, Melody wysłała mnie do sklepu, bo skończył nam się papier toaletowy… a to dlatego, że upchnąłem cały zapas do śmietnika, aby w końcu wyrwać się z domu – dodał lekko, jakby musiał wyjaśniać coś oczywistego. – Postanowiłem, że wybiorę się na zakupy za miasto… żeby zajęło mi to jak najdłużej.
– Aha – odparł blondyn, nie bardzo wiedząc czy jest cokolwiek do dodania.
– I nie patrz na mnie tym oceniającym wzrokiem! – zawołał Potter ostrzegawczo. – Nie masz pojęcia co to znaczy mieć w domu trójkę dzieci! Wiesz kiedy ostatnio zjadłem normalny posiłek? W dzień ich narodzin! Teraz tylko dojadam resztki nad zlewem! I ciągle wrzeszczą i skopują buciki ze swoich małych stópek i rozrzucają jedzenie po całej kuchni… a Melody? Już nie pamiętam kiedy ostatnio się do mnie odezwała, cały czas tylko warczy.
Scorpius spojrzał na przyjaciela ze współczuciem. Wiedział, że na chwilę obecną jest im trudno odnaleźć się w roli świeżo upieczonych rodziców, ale był również pewny, że Albus absolutnie nie zamieniłby się z nikim na życia.
– Al – zaczął łagodnie Malfoy. – Miałbyś może ochotę na spaghetti?
Potter posłał mu spojrzenie pewne wdzięczności.
– Jasne – odparł, wstając i od razu kierując się w stronę kuchni. – I pamiętaj, Score: nie rób dzieci. To tylko mali ludzie, którzy wychodzą z waginy i depczą po twoich marzeniach.

***

Trzy śliczne aniołki siedziały przy oknie i wpatrywały się w Rose z uwielbieniem.
– Ciocia, wyglądasz tak ładnie – powiedziała mała Rosie, której jako jedynej z trojaczków trafiły się rude włosy. Uważnie śledziła wzrokiem falujący materiał sukni.
Dorosła Rose nadal nie do końca wiedziała jak się czuje z faktem, że Albus i Melody nazwali swoje dziecko jej imieniem. To znaczy, było to bardzo miłe, ale miała wrażenie, jakby niosło to ze sobą jakieś oczekiwania. Na przykład świecenie przykładem swojej małej imienniczce, a Rose generalnie nie była najlepszą osobą do takiego zadania.
– Ciocia zawsze wygląda ładnie – powiedziała czarnowłosa Katie, przenosząc oburzone spojrzenie na siostrę. – To dlatego wujek Scorpius tak ją kocha i bierze z nią ślub.
Weasley przechadzała się nerwowo po pokoju, cały czas myśląc tylko o tym, żeby nie wytrzeć przepoconych dłoni w jasny materiał. Co prawda, raczej nikt poza Melody nie zauważyłby żadnych smug, ale to właśnie ona najpewniej zamordowałaby Rose.
– Jesteś głupia – odparowała Emma, najstarsza z rodzeństwa. Była z tego faktu bardzo dumna, choć między nią a drugą w kolejności Katie różnica wieku wynosiła zaledwie pięć minut. – Wujek Scorpius kocha ciocię Rose, bo ona ma dobre serce. Mama zawsze mówi, że to ważniejsze niż bycie ładnym.
– Sama jesteś głupia – zdenerwowała się Katie.
– Dziewczynki – wtrąciła Rose, starając się zapanować nad drżeniem głosu. – Bardzo mi miło, że chciałyście tu ze mną posiedzieć, ale chyba powinnyście już iść. Musicie przecież być gotowe do sypania kwiatków, a same wiecie, jak wasza mama się złości, kiedy ktoś się spóźnia.
Prawdopodobieństwo zdenerwowania Melody było na tyle realne, że siostry szybko zeskoczyły z krzesełek i zgodnie podreptały w stronę wyjścia.
Rose odetchnęła z ulgą, kiedy drzwi się zamknęły. Córki Albusa i Melody były jedynymi dziećmi, które nie wprawiały jej w dyskomfort, wiec ich towarzystwo jej nie przeszkadzało (zwłaszcza że tego dnia bardzo chciwie łowiła komplementy), ale naprawdę chciała choć na chwile zostać sama, żeby w spokoju przeżyć załamanie nerwowe. A tak się złożyło, że była dziś nieustannie nagabywana przez trzy kobiety, które wynajęła Melody i które były odpowiedzialne za włosy i makijaż.
Niezbyt długo nacieszyła się spokojem, bo już po chwili rozległo się pukanie do drzwi. Podeszła do nich ostrożnie, starając się nie deptać po sukni, po czym uchyliła je lekko.
– Scorpius – westchnęła, wpuszczając go do środka. Wyglądał tak fantastycznie w zwykłym, czarnym garniturze, że Rose zaczęła się zastanawiać, co on właściwie z nią robi. – Nie powinieneś czekać już na mnie na końcu tego białego dywanu, obok gościa, do którego mamy powiedzieć „tak”?
– Przyszedłem sprawdzić jak się trzymasz. – Wzruszył ramionami.
Rose poczuła, jak coś w niej pęka. Złapała go konwulsyjnym ruchem za poły marynarki i zaczęła nim delikatnie potrząsać.
– Zabiję ją! – syknęła, choć jej twarz musiała wyglądać w tym momencie bardziej rozpaczliwie niż groźnie. – Pozwól mi zorganizować twoje wesele, Rose, powiedziała. Będzie świetnie, obiecywała. Powiedzieliśmy jej, że chcemy skromną uroczystość z najbliższymi! Scorpius, na zewnątrz jest jakieś trzysta osób!
– Chyba właśnie dlatego Mel przydzieliła ci do szykowania pokój bez okien – przyznał łagodnie Scorpius, ostrożnie uwalniając materiał swojej marynarki z uścisku Rose. – Żebyś ich nie zobaczyła.
Cóż, Mel nie przewidziała, że Rose uda się parę razy wymknąć na korytarz i wyjrzeć na zewnątrz.
– Ja nawet nie znam tylu ludzi! – jęknęła. – Nie mógłbyś czegoś wymyślić? Na przykład… no nie wiem… wygonić ich stąd?
– Picasso, nie mogę wygonić ludzi z naszego ślubu – powiedział, wyraźnie walcząc z rozbawieniem. – Dostali zaproszenia, które już dawno potwierdzili. I przynieśli prezenty.
To przykuło uwagę Rose.
– Porządne? – zapytała niechętnie.
Chłopak wzruszył ramionami.
– Wiem tyle co i ty – przyznał. – Ale jestem pewien, że wśród takiej ilości znajdą się jakieś porządne.
Panna młoda ponownie westchnęła.
– Czy ona w ogóle zastanawiała się nad kosztami tego wszystkiego? – spytała słabym głosem, nadal snując wizje tego, jak nakopie Mel do tyłka, gdy tylko zrzuci z siebie tę przytłaczają kieckę.
Suknia była w kolorze kości słoniowej. Misternie wyszywany koronką gorset ciasno oplatał talię Rose, dzięki czemu przynajmniej nie musiała się martwić, że ciężkie zwoje materiału ściągną go z tego, co powinien zakrywać. Dół składał się z dużej ilości zwiewnych kawałków materiału, które nakładały się na siebie, piętrzyły się w warstwach i spływały aż do ziemi.
– To akurat problem naszych ojców, którzy ochoczo zgadzali się na jej pomysły, żeby tylko móc się prześcigać w konkursie „kto jest bardziej hojny” – wyjaśnił Scorpius. – Zatem, jakby się nad tym zastanowić, są współwinni.
Wszyscy będą na nią patrzeć. A ona się potknie. Na pewno się potknie. Nie ma co liczyć na to, że Ronald jakoś temu zapobiegnie, kiedy będzie prowadził ją do ołtarza – w końcu po kimś tę niezdarność odziedziczyła.
Scorpius wydawał się czytać z niej jak z otwartej księgi.
– Rose – powiedział spokojnie, kładąc jej dłonie na ramionach. – Po prostu weźmiemy ślub. I będziemy obrzydliwie szczęśliwi. Cała ta otoczka nie ma żadnego znaczenia. Dasz sobie radę.
Westchnęła cichutko. Miał rację. Pewnie, że miał. Czy da sobie radę? No dobrze, prawdopodobnie nie. Ale to nic. Przecież od tego nie umrze.
– No dobrze – zgodziła się, pozwalając sobie na delikatny uśmiech. – Mówiłam ci już kiedyś jak seksownie wyglądasz w garniturze?
Scorpius uśmiechnął się łobuzersko.
– Oj, Rose, poczekaj tylko aż go zdejmę.
Już otwierała usta żeby odpowiedzieć, gdy cos sobie uświadomiła.
– Scorpius! Nie powinieneś mnie widzieć przed ślubem, to przynosi pecha!
Chłopak zaśmiał się głośno i przebiegł wzrokiem po jej twarzy i sylwetce. Następnie spojrzał w jej oczy, uśmiechając się przy tym ciepło.
– Warto było.

***

Scorpius powiódł wzrokiem po mieszkaniu, nie bardzo rozumiejąc na co właściwie patrzy.
Cały salon wyglądał, jakby wbiegło do niego stado rozszalałych owiec, czy coś w tym stylu. Wszędzie walały się kawałki papieru. Po dokładniejszej analizie stwierdził, że są to kartki z kalendarza Rose. Tego od „kobiecych spraw”, którego nie wolno mu było dotykać. Fotele i pufy były poprzewracane, a zawartość garderoby Rose znajdowała się w dziwnych miejscach.
Swoją żonę odnalazł w kuchni, gdzie siedziała na krześle i kompletnie nie zwracała uwagi na spacerującą po stole Laylę. Wzrok Rose Malfoy był nieobecny i zamglony, a same oczy lekko zaczerwienione. Opierała pięty na krześle, mocno przytulając własne kolana.
– Rose. – Podszedł do niej, teraz już solidnie przerażony. Objął ją ramieniem i złapał delikatnie jej podbródek. – Co się stało?
Bez słowa wskazała głową podłogę.
Leżało tam dwanaście testów ciążowych, które Scorpius kiedyś kupił w chińskim markecie, podczas jednej ze swoich wypraw do mugolskiego Londynu. Etykietki nie były po angielsku, więc myślał po prostu, że to kolejny mugolski wynalazek, który będzie mu dane wypróbować. Wówczas Rose uznała, że to najzabawniejsza rzecz jaką ktokolwiek, kiedykolwiek zrobił.
Wszystkie wskazywały wynik pozytywny.
– Rose – wydyszał Scorpius. – Czy ty…
– Tak – mruknęła bezbarwnie.
– Ale czy na pewno…
– Sprawdziłam też zaklęciem. Trzy razy.
– Będziemy mieli dziecko? – zapytał, mając wrażenie, że zaraz oszaleje. Nie był jedynie pewny czy ze szczęścia, czy może z niepokoju o swoją żonę.
Wtedy w końcu na niego spojrzała.
– Panikujesz – zrozumiał.
– Oczywiście, że panikuję, Scorpius! – krzyknęła, wstając gwałtownie z krzesła, po czym złapała kurczowo rękaw jego szaty. – Mam dwadzieścia trzy lata i mentalność piętnastolatki! Nie jestem gotowa, nigdy nie będę gotowa na dziecko! Przypalam jajecznicę, opowiadam żarty o genitaliach i wszystko upuszczam! Co jak upuszczę dziecko?
Wbijała w niego rozpaczliwe spojrzenie. Złapał ją delikatnie za ramiona, posadził z powrotem na krześle i przyklęknął.
– Picasso, uspokój się – powiedział łagodnie. – Nie upuścisz…
– Skąd wiesz? – pisnęła. – A nawet jeśli go nie upuszczę, to pewnie powiem coś co skrzywi mu światopogląd… To nie jest zabawa tylko wychowywanie człowieka, który kiedyś będzie dorosły!  – wykrzyknęła. – Ja nie… nie umiem… A co jak dziecko mnie znienawidzi?
Scorpius pogłaskał ją uspokajająco po włosach.
– Rose, nie da się ciebie nienawidzić.
Dziewczyna pokręciła się niespokojnie na krześle i prychnęła pogardliwie.
– Tak tylko gadasz, bo ty mnie kochasz. Mnóstwo ludzi mnie nienawidzi – burknęła. Nigdy jej to jakoś szczególnie nie przeszkadzało, bo ona sama za ludźmi nie przepadała, no ale… – Nie wiem nic o niemowlakach.
– Ja też nie. Każda mama czuje się trochę nieswojo przy pierwszym dziecku – zapewnił ją. – Wszystkiego się nauczymy. Razem.
Rose uniosła wzrok, patrząc na niego z nadzieją.
– Obiecujesz?
– Obiecuję.

***

– Co my właściwie mieliśmy świętować? – zapytał Albus, nie mogąc oderwać wzroku od okien balkonowych.
– To, że Rosie dostała własne skrzydło w Galerii 77 – mruknęła Melody, patrząc w to samo miejsce. – Oraz  mój zaakceptowany projekt rozbudowy ulicy Pokątnej w miasteczko zakupowe.
– Cóż, następnym razem ich nie zaprosimy – mruknął niepocieszony Scorpius.
Zaprosimy? – zdziwiła się Rose. – Jesteśmy w ich mieszkaniu!
Cała czwórka zgodnie obserwowała wydarzenia rozgrywające się na balkonie. Cara właśnie trzymała nad barierką szufladę z komody Harolda i wysypywała jego bieliznę na ulicę. Z piątego piętra.
Chłopak stał za nią i początkowo usiłował przeciągnąć szufladę z powrotem na balkon. Kiedy okazało się to bezskuteczne, próbował łapać swoje rzeczy w locie.
– Ktoś w ogóle wie, o co im poszło? – zagadnęła Melody, kiedy Cara, pozbywszy się już szuflady, zaczęła okładać swojego chłopaka pięściami.
– A czy ktoś kiedykolwiek wie, o co im poszło? – spytała Rose. – Wygląda na to, że Harold znowu się wyprowadza.
– Cóż, tym razem będzie musiał poszukać innego lokum – zauważył Scorpius. – U nas całkiem niedługo zrobi się dość tłoczno.
Rose wsadziła rękę do miski, leżącej na jej sterczącym brzuchu i wyjęła z niej trochę popcornu.
– To zupełnie jak nieme kino, nie? – zauważyła.
W tym momencie Cara chwyciła ciężką, kamienną donicę i rzuciła nią w Harolda. Na szczęście chłopak się uchylił, zatem rozbiła się ona o ścianę.
– Czy oni się kiedyś ogarną? – westchnął ciężko Albus, również częstując się popcornem.

***

– Absolutnie nie – ucięła Rose. – Nie nazwiemy córki Pleione – prychnęła pogardliwie.
– Ale to rodzinna tradycja – mruknął niepocieszony Scorpius.
– Żeby nadawać imiona po gwiazdach i konstelacjach, a nie żeby krzywdzić swoje dzieci – powiedziała dziewczyna, głaszcząc się po ogromnym brzuchu. – Przecież zgodziłam się na imię Syriusz dla chłopca.
Ustalili już wcześniej, że dokładnie będzie to Syriusz Orion, choć Rose podejrzewała, że Syriusz Black prawdopodobnie wstałby z grobu na wieść, że po świecie będzie chodził Syriusz Malfoy.
– Bo uznałaś, że przy tym wyborze twój ojciec nie zacznie toczyć piany z ust – przypomniał jej uczynnie Scorpius. – Może Carina?
Rose posłała mu wściekłe spojrzenie.
– Scorpius, dlaczego nienawidzisz naszego dziecka? – warknęła, a po sekundzie na jej twarzy zagościł szeroki uśmiech.
Malfoy zaczynał już dostawać świra od tych osławionych ciążowych huśtawek nastrojów. W wykonaniu Rose osiągało to całkiem nowe ekstremum.
– Zostawmy na razie gwiazdy – zaproponował z westchnieniem. – Masz jakieś inne pomysły?
– Hope – powiedziała natychmiast Rose, która ostatnimi czasy czytała trochę za dużo mugolskiej literatury młodzieżowej.
Scorpius przewrócił oczami.
– Och, pewnie. Mam na imię Hope, sama piekę chleb, a moja suknia zrobiona jest z pszenicy…
– To w takim razie podziel się swoimi wspaniałymi pomysłami – wycedziła Rose przez zęby.
– Ethel.
– Och, przepraszam, nie wiedziałam, że urodzę osiemdziesięcioletnie dziecko.
Na chwilę zapadła cisza, podczas której Rose zamyśliła się głęboko.
– Może Cassiopeia? – zaproponowała z wahaniem. – To konstelacja. W skrócie Cassie, więc jeśli tak by się przedstawiała, można by pomyśleć, że ma normalne imię – dodała, szczerząc zęby.
Scorpius odsunął koszulkę Rose i delikatnie pogłaskał goły brzuch.
– Cassiopeia – powtórzył, uśmiechając się lekko. – Cassie. Podoba mi się.

***

– Nie dotykaj mnie! – wrzasnęła Rose, gdy Albus próbował wytrzeć jej pot z czoła. Czy w tej Sali naprawdę musiał być taki tłok? Dobrze, że póki co miała wszystko zakryte. – Bo odgryzę ci rękę!
– Rudzinko, oddychaj spokojnie, tak jak ćwiczyłyśmy – poinstruowała Melody, kurczowo ściskając przyjaciółkę za dłoń. Rose pewnie przeszkadzałoby, że paznokcie brunetki wbijają jej się w skórę, ale skurcze były tak bolesne, że jakikolwiek ból w innych częściach ciała wydawał się po prostu śmieszny.
To było naprawdę niedorzeczne, jak wielu ludzi znajdowało się w tym pokoju. Melody i Scorpius trzymali obie jej ręce, a Harold siedział – a właściwie teraz już stał – na krześle, podskakując z nerwów.
Ron i Hermiona trzymali jej prawą nogę, zakrytą cienką pościelą, przy czym matka co jakiś czas wyrzucała z siebie losowe cytaty z różnych książek o ciąży i porodzie.
Albus biegał wokół Rose z chusteczką, najwyraźniej uważając, że pot spływający po jej twarzy jest w tej chwili absolutnym priorytetem.
Hugo siedział na łóżku i trzymał Rose za lewą stopę, tak blady, że jego piegi zdawały się promieniować własnym światłem.
Astoria stała za swoim rozhisteryzowanym synem i głaskała go uspokajająco po ramieniu.
Draco zajął stanowisko u wezgłowia łóżka. Ściskał mocno ramiona Rose i co jakiś czas klepał ją po nich zachęcająco, jak trener, który przygotowuje swojego najlepszego zawodnika do biegu.
Sama Rose była nieco zdziwiona, że w ogóle dotarła do Munga. W ciąży nie wolno było się teleportować, zatem od miesięcy stresowało ją, że niechcący urodzi na tyłach samochodu. Chcąc zorganizować wszystko należycie, często przypominała Scorpiusowi, żeby nie zapomniał zabrać przygotowanej wcześniej torby z ubraniami i kosmetykami. I Scorpius pamiętał o torbie.
Ale zapomniał zabrać ze sobą Rose.
Następnym razem (Jakim następnym, Rose?) będzie powtarzać „Zabierz mnie i torbę”.
Uświadomił sobie swój błąd po przejechaniu pięciu przecznic. A kiedy w końcu zawrócił, wpakował śmiejącą się histerycznie i wyjącą z bólu żonę do samochodu i zaczął pruć przez Londyn z tak zawrotną prędkością, że Rose miała realne obawy o swoje życie. A powtarzane co jakiś czas krzyki „Nic się nie bój, Rose, robiłem jazdy próbne!” wcale jej nie uspokoiły.
– Rudzinko. – Melody znów próbowała odciągnąć jej uwagę od agonii. – Te skurcze wcale nie są takie bolesne, to tylko twoje ciało próbuje ci wmówić, że tak jest…
– W takim razie moje ciało jest strasznym dupkiem! – warknęła Rose. – Melody, z całym szacunkiem, ale czy to sobie robisz że mnie jaja? To boli jakby…
Wszyscy milczeli zgodnie przez najbliższe pięć minut, pozwalając Rose wyrzucać z siebie cały batalion angielskich, szkockich i francuskich przekleństw.
– Czy to powinno tak długo trwać? – zapytał zirytowany Draco. Pocił się chyba równie mocno jak Rose, choć nie był równie zestresowany jak Scorpius. – Jesteśmy tu już tyle godzin!
– To rzeczywiście dość długi poród – przyznała Hermiona, dla świętego spokoju.
– Nic im nie będzie? – zapytał mężczyzna, a Rose dopiero po chwili uświadomiła sobie, że ma na myśli ją i dziecko.
– Wszystko idzie bardzo dobrze – uspokoił go Harold. – Przynajmniej tak twierdziła pani uzdrowiciel.
– Malfoy, zamknij już ten swój szczurzy pysk– wtrącił uprzejmie Ronald. – Moja córka nie potrzebuje więcej stresu.
– Draco, jesteśmy tu od siedemnastu godzin – przypomniała mu Astoria. – Twój syn rodził się dwadzieścia cztery. Mężczyźni i ich pamięć – dodała, przewracając oczami.
– Rose, świetnie sobie radzisz – wysapał Scorpius, mocno ściskając rękę żony. – Już niedługo będzie po wszystkim, zobaczysz…
– Zamknij się! – warknęła Rose. – Chyba zrobiłeś już dość! – dodała, spoglądając wymownie na swój brzuch.
W tym momencie do Sali weszła uzdrowicielka i obrzuciła całą zbieraninę niezadowolonym spojrzeniem. Następnie wyciągnęła różdżkę nad ciałem Rose i zamachała nią kilka razy, najwyraźniej robiąc badanie.
– Pani Malfoy, możemy zaczynać – zwróciła się do Rose. – W sali ma zostać tylko ojciec dziecka.
– Chyba pani żartuje! – oburzyła się Melody. – Ona sobie beze mnie nie poradzi!
– Możesz zostać zamiast mnie, bo chyba będę wymiotował – oznajmił słabym głosem Scorpius.
– Mnie też potrzebuje – wypaliła Hermiona.
– I ktoś musi wycierać jej czoło – dodał żałośnie Albus.
– Wynoście się wszyscy! – wrzasnęła Rose, a Scorpius rzucił jej zlęknione spojrzenie. – Ty nie – burknęła.
Uśmiechnął się lekko.
Kiedy sala opustoszała, a przy łóżku został jedynie jej mąż, Rose zwróciła się do uzdrowicielki.
– Zmieniłam zdanie – sapnęła. – Chcę znieczulenie.
Potężna kobieta uśmiechnęła się do niej z czułością.
– Skarbie, na to już za późno. Dasz sobie radę.
– Nie! – Rose wysunęła się w jej stronę i złapała kurczowo jej przedramię. – Proszę posłuchać, jeśli chodzi tu o kwestie etyczne, nikt się o niczym nie dowie, proszę po prostu zostawić eliksir na szafce i niepostrzeżenie wyjść z sali…
– Skarbeńku, wszystko będzie dobrze. – Zaśmiała się ją i poklepała pocieszająco jej policzek. – Zobaczysz, ani się obejrzysz, a dzieciątko będzie z nami…
Ale Rose już jej nie słuchała. Następny skurcz nadchodził. Zawyła przeraźliwie, a blady Scorpius patrzył na nią z cała bezradnością, jaką kiedykolwiek u niego widziała.
– Rose, już niedługo, jeszcze trochę…
– Powiedziałam, że masz się zamknąć – wysapała, ledwo wyduszając z siebie poszczególne słowa. – A teraz siadaj na tyłku i złap mnie za rękę, bo nie mam w co wbijać paznokci. Będziemy rodzić.

***

– No powiedz, kto jest twoim ulubionym dziadkiem? – zapytał Ron, kołysząc w ramionach noworodka. – No dalej Cassie…
– To chyba oczywiste, że dziadek Draco – wtrącił Malfoy senior, patrząc na Ronalda z niesmakiem. – I  mógłbyś w końcu dać mi ją potrzymać. Kołyszesz ją od piętnastu minut.
– No cóż, tak to już jest, że woli być kołysana przez ulubionego dziadka – odparował Ronald. – Ty możesz być ulubionym dziadkiem następnego.
– Jakiego następnego? – jęknęła Rose, która miała już ich wszystkich serdecznie dosyć.
Scorpius najwyraźniej czytał jej w myślach.
– Porosiłbym, żeby obaj dziadkowie dali sobie spokój – poprosił, obejmując Rose ramieniem. – Ledwo wróciliśmy do domu po pierwszym rodzeniu. Pozwólcie jej odpocząć, co?
– Przepraszamy – mruknęli zawstydzeni Draco i Ron.
Weasley przyjrzał się z niezadowoleniem cieniutkim, rzadkim włoskom na głowie swojej nowonarodzonej wnuczki. Były bardzo jasne.
– Moje rude geny wymierają – mruknął, ale tylko Rose go usłyszała.
– A tak na marginesie, panie Malfoy, to teraz ja chcę ją potrzymać – wtrącił Hugo, podając siostrze kubek gorącej czekolady. – Wczoraj nawet nie daliście mi szansy.
W tym momencie Cassie zapłakała głośno. Draco spojrzał na Rona z satysfakcją.
– Sam widzisz – powiedział, zadowolony z siebie. – Nienawidzi cię.
– Wcale nie – wtrąciła Astoria, marszcząc nos. – Trzeba ją przewinąć.
Wszyscy rzucili się w stronę dziecka, ale Rose szybko ukróciła ich zapędy.
– Ja to zrobię – oznajmiła, podnosząc się z kanapy.
Ostrożnie wyłuskała Cassie z ramion Rona. Wciąć panicznie się bała, że ją upuści. Była taka maleńka, miękka i wyglądała jakby każdy najdrobniejszy ruch mógł zrobić jej krzywdę.
Czuła, że wygląda nieporadnie, trzymając noworodka w ramionach. Wszyscy inni byli w tym tacy naturalni, Scorpius wyglądał, jakby urodził się do noszenia dzieci. A Rose tylko wyginała ręce w niezręczny sposób, myśląc o tym, żeby jak najszybciej ją gdzieś położyć.
Hermiona podążyła za nią do sąsiedniego pokoju i obserwowała jak Rose układa Cassie na stoliku do przewijania.
– Jak się czujesz? – spytała kobieta.
Rose się zawahała.
– Co piętnaście minut mam ochotę się rozpłakać – przyznała, ale uzdrowicielka mówiła coś o hormonach, wiec Rose wiedziała, że nie powinna się tym martwić. – I nieustannie się boję, że coś jej się stało. Czy to normalne?
– Całkowicie. – Skinęła głową.
– A kiedy to mija?
– Kiedy mnie minie, dam ci znać – odparła ze śmiechem Hermiona i puściła jej oko. – Zostawię was na chwilę same.
Rose znów spojrzała na córeczkę, która na moment przestała płakać. Wszyscy mówili, że Cassie wygląda dokładnie jak ona, jeśli pominąć oczy, ale Rose tego nie dostrzegała. Wszystkie dzieci były takie podobne. Ale jedno było pewne – Cassie była prześliczna.
Oczu nie dało się przegapić, bo były takie jak u Scorpiusa. Błyszczące, cudowne, srebrne. I choć Rose wiedziała, że kolor oczu u niemowląt w większości przypadków się zmienia, z jakiegoś powodu była pewna, że tutaj to nie nastąpi. Podobne odczucia miała do białych włosów, choć Ron głośno wyrażał inne nadzieje.
– No dobra, Cassie – zaczęła Rose, opierając ręce na piersiach. – Jak ci się podobają twoi dziadkowie? Możesz odczuwać trochę złowieszczych wibracji od dziadka Draco, ale w ogóle się tym nie przejmuj, to normalne. A jak kiedyś będzie próbował cię przekupić, żebyś prosiła tiarę o przydział do Slytherinu, po prostu powiedz nie. – Cassie zamrugała kilka razy, jakby zastanawiała się, co do cholery wygaduje jej matka. – Dziadek Ron też jest kochanym człowiekiem, choć czasem trochę go poniesie. Babcia Astoria będzie kupować ci wszystkie śliczne sukienki jakich zapragniesz, a babcia Hermiona jest po prostu najcudowniejszą babcią na świecie. I zawsze chętnie pomoże z lekcjami – kontynuowała Rose. – Ale najlepszy jest twój tatuś. Będzie cię bardzo kochał i nauczy cię tych wszystkich rzeczy, których ja nie potrafię. Och no i ja jeszcze nie miałam okazji się przedstawić.
Wyciągnęła do przodu dłoń i dwoma palcami ostrożnie chwyciła małą piąstkę.
– Cześć, jestem Rose Weasley. Żartuję, gdy czuję się niezręcznie. – Zawahała się na moment. – Ale ty możesz mi mówić mamo.

***

– Wystartowaliśmy – oznajmiła Lily, trzymając Cassie na kolanach. – Idzie Fe-no-me-nal-nie. Nie uwierzylibyście ilu mamy klientów, a minął dopiero miesiąc!
– Na czym to właściwie polega? – spytał Scorpius, gniotąc widelcem marchewkę z jabłkiem, którą próbował przemycić Cassie, kiedy ta była zaabsorbowana słuchaniem głosów dorosłych.
– Ja zajmuje się głównie sprawami organizacyjnymi – oznajmił Harold. – Ktoś przychodzi do poradni, ja spisuję problem, zbieram wszystkie fotografie, które może mi zaoferować i różne takie. On opowiada mi o problemie – dajmy na to, podoba mu się dziewczyna, ale ona wysyła mieszane sygnały – a ja to nagrywam, zapisuję moje notatki i spostrzeżenia, wypytuję o szczegóły, które jemu wydają się nieistotne.
– A wtedy do akcji wkraczam ja – powiedziała Lily. – Badam zdjęcia i nagrania. Śledzę obiekt lub obiekty, zazwyczaj trwa to do tygodnia, niekiedy pozwalam sobie na bezpośrednią interakcję, jeśli obiekt jest wyjątkowo dyskretny w pokazywaniu emocji i myśli. Jakoś to płynie. Człowiek może się dowiedzieć wszystkiego.
– Czy to nie jest nielegalne? – zapytała z wahaniem Rose. – No wiesz, śledzenie i takie tam.
– Nie mam pojęcia. – Lily wzruszyła ramionami. – Nazywamy się Poradnią Towarzyską Lily i Harolda. Raczej wątpię, żeby ktoś usiłował się temu przyjrzeć i badać pod względem działalności kryminalnej.
Cassie wyjęła z ust odrobinę pomarańczowej papki i beztrosko wsmarowała ją w biały rękaw Scorpiusa.
– A co Cara myśli o tej działalności? – zapytała ostrożnie Rose. – Pewnie się cieszy, że… ehm, ogarnąłeś się życiowo?
– Wiedziałbym, jakby chciała ze mną rozmawiać. – Harold wzruszył ramionami.
– Stary, to się robi śmieszne – oznajmił Scorpius. – Ile razy wy się schodziliście i rozstawaliście, odkąd skończyliśmy szkołę? Bo już straciłem rachubę. Pamiętaj, że to jest dziewczyna, którą kiedyś chciałeś poślubić. Jakim cudem ciągle się kłócicie?
– Nie wiem – westchnął brunet. – Może to jej spróbowalibyście posuszyć głowę?

***

Rose stała na środku pracowni przed sztalugą, a Cassie siedziała w kącie, bawiąc się pluszakami. Wokół dziewczynki wyczarowana była niemal niewidoczna bańka, która miała chronić ją przed drażniącym zapachem farby, jeśli Rose akurat chciała popracować i jednocześnie mieć małą na oku.
– Jestem okropna matką – oznajmiła, gdy tylko Scorpius przekroczył próg pokoju. – Jestem najgorszą matką na świecie.
Blondyn rozejrzał się po pomieszczeniu, spodziewając się znaleźć gdzieś ciała martwych zwierząt albo resztki mugolskich narkotyków, ale niczego takiego nie zauważył. Pracownia wyglądała tak jak zawsze: sztalugi, płótna i piętrzące się na półkach farby oraz kilka innych przedmiotów, których on nie potrafił nazwać.
– A mógłbym poznać konkretny powód takiego stwierdzenia? – zagadnął spokojnie, poprawiając sobie Laylę na ramieniu.
Rose westchnęła ciężko, odłożyła pędzel i zaczęła rozwiązywać fartuch.
– Pamiętasz te czekoladki, które dostałeś na urodziny i uznałeś, że nie masz ochoty ich teraz otwierać? – zapytała, choć myśl o tym, że ktoś mógłby nie czuć potrzeby natychmiastowego otwarcia pudełka czekoladek była dla niej abstrakcyjna.
Scorpius skinął głową, a Rose zaczęła streszczać mu wydarzenia sprzed kilku godzin.

Pudełko czekoladek leżało tam od tygodni i każdego dnia uśmiechało się do niej złośliwie. Po co Scorpius w ogóle je trzymał? Równie dobrze mógłby wyrzucić je do śmietnika. Rose dobrze wiedziała, że jej mąż wcale nie miał zamiaru ich jeść. A zatem leżały tam bez sensu i obrastały kurzem. A ona od dawna miała wiele lepszych pomysłów na to, co zrobić z zawartością pudełka.
I w końcu się złamała. Cassie była zaabsorbowana dziecięcymi sprawami, więc jej szalenie odpowiedzialna matka uznała, że nic się nie stanie, jeśli zniknie na parę minut.
Zgarnęła czekoladki i schowała się w małym pomieszczeniu, którego używali jako spiżarni, po czym zaczęła ładować sobie słodycze do ust. Nawet nie delektowała się smakiem, po prostu upychała je tam jak najszybciej, jednocześnie ciesząc się myślą, że może je zjeść i nikt nigdy się nie dowie. Głównym składnikiem była czekolada deserowa, której Rose właściwie nie lubiła.
Drzwiczki się uchyliły i pojawiła się w nich okrągła twarzyczka Cassie. Rose zamarła z trzema czekoladkami w ustach i ubrudzonymi palcami.
– Co mami je? – spytała dziewczynka.
Rose nie chciała, żeby Cassie myślała, że jej matka nie ma żadnych hamulców. Nie chciała również dzielić się bombonierką.
– Czarne pomidory – powiedziała spokojnie.

Scorpius wpatrywał się w nią bez słowa, a kąciki jego ust drgnęły.
– I to jest ta rzecz, która czyni cię okropną matką? – zapytał z wahaniem.
– Okłamałam naszą córeczkę! – syknęła cicho, tak żeby Cassie jej nie usłyszała. – Czarne pomidory! Przeze mnie nasze dziecko myśli, że istnieje coś takiego jak czarne pomidory! Wychowujemy człowieka, który myśli, że… O Merlinie, chyba muszę usiąść – sapnęła, rozglądając się w panice. – Czemu tu nie ma żadnych krzeseł?!
Scorpius przewrócił oczami i położył jej dłonie na ramionach. Kiedy nadal nie mogła skupić wzroku w jednym miejscu, potrząsnął nią delikatnie.
– Picasso. Jesteś stuknięta. Wiesz o tym, prawda? – spytał spokojnie, a Rose skinęła głową. – Wszyscy czasem okłamują swoje dzieci. Na przykład kiedy pytają, skąd się biorą dzieci. Klasyczne, nieszkodliwe kłamstwo załatwia sprawę. To normalne. A za parę lat będzie to tylko śmieszna historia, którą będziemy jej opowiadać, jako jedno z dziwnych zachowań jej rodziców.
Rose uśmiechnęła się słabo.
– A jeśli zdąży wcześniej powiedzieć innym dzieciom o czarnych pomidorach, a pozostali rodzice jakoś dojdą do tego, kto zaczął rozsiewać te informacje? Już się obawiam, czy pozwolić jej jutro iść do Potterów…
– Rose, ona ledwo potrafi sklecić zdanie – przypomniał jej Scorpius. – Sądzę, że mamy czas. A poza tym mogę się mylić, ale wydaje mi się, że już istnieje coś takiego jak czarne pomidory…
– Tata! – pisnęła nagle Cassie, która wcześniej była zbyt pochłonięta zabawą, by w ogóle zauważyć jego nadejście. Natychmiast stanęła na swoich krótkich nóżkach i chwiejnym krokiem przytruchtała do Scorpiusa.
– Cześć, mała wariatko – powiedział ze śmiechem, biorąc ją na ręce. – Co dzisiaj robiłyście?

***

– Mamuś! – pisnęła Cassie, wskakując do łóżka rodziców o szóstej rano. – W moim łóżku są pudełka!
Scorpius uniósł rozczochrana głowę z poduszki. Obok niego Rose przecierała wciąż rozespane oczy.
– To dlatego, że dziś są święta, Cassie – wymamrotała sennie ruda, przekręcając się na drugi bok i obejmując dziewczynkę ramieniem.
Rose była pewna, że już jej to parę razy wyjaśniali, ale najwyraźniej dzieci miały nadzwyczajną umiejętność wyrzucania z głowy informacji. Co w zasadzie dobrze wróżyło, jeśli chodzi o sytuację pomidorową.
– Ale co to są święta? – dociekała, wyglądając jednocześnie na zaciekawioną i podekscytowaną.
– Raz w roku ludzie wysyłają sobie różne prezenty, które wcześniej pakują w kolorowy papier, a potem cała rodzina się zbiera i je razem obiad. Można wtedy pobawić się prezentami – wyjaśnił Scorpius, zerkając bezradnie na zegarek.
 – Ale czemu? – dociekała Cassie.
– Właściwie to nie wiem – przyznał blondyn.
– Gdzieś na świecie jakiś katolicki ksiądz właśnie płacze – mruknęła Rose. – To co, skarbie, chcesz rozpakować swoje prezenty?
– A nie możemy rozpakować naszych prezentów wszyscy razem?
– Oczywiście, że możemy – odparł Scorpius. – Biegnij do siebie, a ja i mamusia zaraz do ciebie dołączymy z naszymi prezentami.
Mała ochoczo wyplątała się z ramion Rose, zeskoczyła na podłogę i pobiegła do swojego pokoju, zamykając za sobą drzwi. Matka już miała za nią krzyknąć, że prosiła, aby nie chodziła boso, ale uznała, że w święta może sobie odpuścić.
– Oprócz tego co jest w pudełku, mam dla ciebie jeszcze jeden prezent – wymruczał Scorpius, przysuwając się do pleców Rose i obejmując ją w talii.
Jęknęła z aprobatą, czując jego usta na swojej szyi.
– Chyba będziesz musiał mi go wręczyć dopiero wieczorem – westchnęła, choć jakoś nie mogła się zdobyć na to, żeby go odepchnąć. – Nie mamy czasu…
Na szafce nocnej zabrzęczał telefon komórkowy – jeden z niewielu wynalazków mugolskich, które Rose chciała i umiała obsługiwać.
– Czekaj – poprosiła cicho, podczas gdy Scorpius już zsuwał ramiączko jej koszulki od piżamy. – Odczytam wiadomość. Może to ważne.
Scorpius warknął z niezadowoleniem i przetoczył się na plecy.
Rose wychyliła się z łóżka i wzięła do ręki telefon, po czym otworzyła SMS–a. Szybko przeleciała wzrokiem po treści, a jej oczy z każdą linijką otwierały się szerzej.
– Scorpius – szepnęła.
– Mmm?
– Idziemy jutro na wesele.

***

– Gdzie idziecie? – zapytał Albus, który nieco już słaniał się na nogach. Okulary sterczały mu pod dziwnym kątem, a krawat z jakiegoś powodu zawiązany był na jego głowie.
– Na zewnątrz – oparła Rose, zarzucając kurtkę na swoją sukienkę druhny. – Będzie dziś ładny zachód słońca.
– A w domu jest bardzo tłoczno – dodała Melody.
– Ciekawe czyja to zasługa? – sarknęła Rose.
Przyjęcie, które odbywało się w domu Londbottomów miało być malutkie, tylko dla najbliższej rodziny. Ale Melody i tak jakimś cudem udało się zaprosić kilka innych osób i przemycić do środka trochę krzykliwych dekoracji.
Z tym że jakoś nikomu to nie przeszkadzało. Harold i Cara wydawali się po prostu mieć wszystko gdzieś, bo po tylu latach zabawy w kotka i myszkę cieszyli się, ąe w końcu są małżeństwem. Ich przyjaciołom udało się oddać gromadkę dzieciaków pod opiekę prababci Molly, więc pierwszy raz od dłuższego czasu mieli okazje porządnie się wyluzować. Jakimś cudem wszyscy bawili się świetnie.
– Pójdziemy z wami! – zawołał ochoczo Scorpius, który z kolei miał na szyi swój pasek od spodni, podczas gdy mucha zdobiła jedną ze szlufek. Obaj mężczyźni mieli w dłoni po jednej butelce whisky.
– Śmiało – mruknęła Rose, przewracając oczami, po czym chwyciła męża pod ramię. To była jedna z tych okazji, podczas których to ona musiała pilnować, żeby Scorpius się nie przewrócił, a nie na odwrót.
– Ale gdzie jest pan młody? – zapytał entuzjastycznie Albus.
– Czy ktoś o mnie pytał? – Harold wyszedł na korytarz, z idiotycznym uśmiechem przyklejonym do twarzy.
– Harold!
– Przyjacielu!
Albus i Scorpius podeszli do niego jowialnym krokiem, po czym zaczęli klepać go po plecach i ciągnąc go w stronę drzwi.
– Właśnie planowaliśmy napić się whisky przy zachodzie słońca – wyjaśnił Malfoy.
– A ja myślałam, że po prostu idziemy oglądać zachód słońca – mruknęła Melody.
Całą zgrają wytoczyli się na podwórko. Po krótkim, chwiejnym spacerze zajęli sobie miejsce przy dużym dębie, który swoimi rozmiarami nieco przypominał ten, obok którego siadali na błoniach Hogwartu.
– Jak się czujesz Harold? – zapytała Rose. – Bo promieniejesz. Małżeństwo wyraźnie ci służy dodała, jakby zdziwiona.
– Czuję się, jakbym nareszcie ukończył jakiś wyścig – przyznał brunet, wzruszając ramionami. – A teraz w końcu mogę odpocząć.
– Taa, ciężko uwierzyć, że w końcu jesteśmy na twoim weselu – odezwał się Scorpius, po czym złapał Rose w pasie i wciągnął ją na swoje kolana. – Wszędzie jest śnieg – wyjaśnił cicho. – Przemoczysz sobie tyłek.
– Niesamowite, że tego dożyliśmy – zgodziła się Mel. – I że wszyscy tu dotarliśmy. Ile minęło lat od Hogwartu? Dziewięć?
– Coś koło tego – westchnęła Rose, opierając głowę o ramię Scorpiusa.
Albus trzymał Melody za rękę, głaszcząc ją delikatnie kciukiem.
– Wygląda na to, że cokolwiek się dzieje, musimy stawiać temu czoła drużynowo – powiedział, uśmiechając się. – Ładny zachód – dodał, przenosząc wzrok na horyzont.
Harold zanucił coś pod nosem.
– Co tam mruczysz? – zainteresowała się Mel.
– Jest ta fajna piosenka, coś ze słońcem właśnie – odpowiedział, po czym znów zanucił melodię, tym razem głośniej.
– The Beatles – powiedział Scorpius.
– Na zdrowie.
– Nie, nie. – Pokręcił głową. – To ich piosenka. Here comes the sun – zanucił kawałek.
Do do do do – zamruczał Harold.
Here comes the sun – dołączyła Melody.
And I say… – Albus odchylił głowę do tyłu i przymknął oczy.
Rose nie odrywała oczu od znikającego za horyzontem słońca.
…it’s all right – zakończyła.
I było w dobrze. Wszystko.

KONIEC
25.06.2016 – 06.11.2017
______________________________
O rany.
No dobra, obiecałam sobie, że nie będę histeryzować, wiec dla ostudzenia atmosfery rzucę trochę garścią statystyk.

Ilość stron w Wordzie: 230 (Times New Roman, 11)
Ilość słów: 163 181

No i parę słów ode mnie:
Czy to zabrzmi banalnie, kiedy powiem, ze nie wierzę, ze to już koniec? Pewnie tak, ale co mi tam, to prawda. Kiedy zaczynałam pisać to opowiadanie, nie miałam większych nadziei, że ktoś będzie to czytał. Chciałam po prostu wrócić do pisania, trochę potrenować. Wiedziałam tylko tyle, ze chcę pisać Scorose, bo miałam (i nadal mam) na ich punkcie obsesję. Przez pierwszych kilka rozdziałów nie wiedziałam w ogóle co robię, do czego ma prowadzić to opowiadanie. A potem jakoś się zasłuchałam w piosence „Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości” Piżamy Porno i stała się ona bardzo, BARDZO luźną inspiracją do tej historii (I dobrze, bo jakbym zainspirowała się za mocno, to koniec nie byłby taki wesoły :D). Od tamtej pory wszystkie pomysły jakoś same przypłynęły.
A potem tak się zżyłam z tymi bohaterami i dla każdego z nich zapragnęłam jakiegoś osobnego wątku, jęczeli, ze też chcą być zakochani, albo coś innego, Draco krzyczał, że chciałby być odczarowany, a Hugo mi mamrotał do ucha, że on to w sumie lubi chłopców. No i poszło. Miało być dwadzieścia rozdziałów, wyszło nieco inaczej xd
Ale największą inspiracją byliście wy i wasze komentarze, za które naprawdę pięknie, z całego serca dziękuję. Każde jedno słowo było motywacją do dalszego pisania, a każde wejście na bloggera było pełne nadziei.
DZIĘKUJĘ. <3
Nie będę mamrotać za długo, bo wiem, że nie jest to ani twórcze ani ciekawe :D Ale chciałabym żebyście wiedzieli, ile rzeczy się kryje w tych moich podziękowaniach.
Serducho mi pęka, ze muszę się rozstać z tą gromadką, ale nie ma co przeciągać.
Nadmienię tylko, ze to w ogóle jest pierwsze wieloczęściowe opowiadanie które skończyłam :O
Pod spodem wrzucam fanart, który mnie zainspirował do napisania sceny z Draco i swetrem Weasleyów :D
Na koniec jeszcze dodam, że jeśli ktoś chciałby, żebym wysłała na maila plik PDF z opowiadaniem to dawajcie znać.
I powiem jeszcze to co oczywiste – będzie mi bardzo miło, jeśli każdy, kto czytał opowiadanie zostawi pod epilogiem choćby mały ślad, w postaci komentarza. Tak o, żebym wiedziała i popłakała trochę więcej :D
Do zobaczenia przy kolejnym opowiadaniu :) info o nim na pewno pojawi sie na tym blogu.

Dziękuję za wszystko i… TRZYMAJCIE SIĘ! <3


Najfajniejsi ludzie na świecie