piątek, 21 lipca 2017

[26]"Postaraj się bardziej!"

– Scorpius! – Rose przebiegła całą drogę z Wieży Gryfindoru aż do Sali Wejściowej i miała już porządną zadyszkę, jednak dziś wyjątkowo się tym nie przejmowała. Zupełnie jakby wystarczył jeden list, żeby wszystkie jej zmartwienia nagle gdzieś uleciały.
Nie żeby ostatnimi czasy było ich zbyt wiele. Całymi dniami czuła się dziwnie lekka i szczęśliwa.
Blondyn, którego imię tak zażarcie nawoływała, odkąd tylko zobaczyła jego jasne włosy gdzieś wśród morza uczniów, zmierzających na śniadanie, w końcu ją usłyszał. Zatrzymał się i odwrócił, unosząc brwi na jej widok. Rose szybko pokonała ostatnie dzielące ich metry i radośnie zarzuciła mu ręce na szyję.
Scorpius odsunął ją lekko od siebie na długość ramion, wyraźnie zaniepokojony.
Hmm, no tak. Przecież jeszcze nie wiedział, skąd wziął się jej nagły entuzjazm.
– Rose? Czy coś się stało? – zapytał nerwowo.
Rose poniekąd rozumiała jego niepokój. W końcu nie codziennie zachowywała się tak swobodnie, gdy była wystawiona na widok dziesiątek uczniów. Nie wspominając już o tym, że nigdy publicznie nie postępowała tak poufale w stosunku do Scorpiusa, bo miała poważną paranoję na punkcie tego, że ktoś mógłby odkryć ich niechlubny sekret.
Właściwie, jak się chwilę nad tym zastanowiła, to jej zachowanie było naprawdę głupie i lekkomyślne.
Z drugiej strony zmartwienie Scorpiusa i jego lekko przerażone spojrzenie nie były dla niej do końca akuratne, bo przecież gdyby stało się coś złego, to nie przebiegłaby przez salę w podskokach, rzucając mu się na szyję z tak szerokim uśmiechem, że powoli zaczynała ją boleć twarz. No chyba, że uznał, iż zwariowała.
– Możemy chwilę pogadać w jakimś ustronnym miejscu? – zaproponowała, drżąc z ekscytacji. Może rzeczywiście jej zachowanie mogło wzbudzić jakieś podejrzenia. Lepiej będzie schować te wybuchy radości do jakiegoś ustronnego korytarza.
– Rose, czy coś się stało? – powtórzył Scorpius. – I co tam masz? – dodał, wskazując na pergamin, który trzymała w dłoni tak kurczowo, że był już całkiem pomięty.
Rose wzięła głęboki wdech, uznając, że jeśli jakoś go nie uspokoi, to nie uda jej się przekazać mu jakichkolwiek informacji. Położyła mu dłonie na barkach, przywołała bezbrzeżny spokój na swoją twarz i spojrzała w jego niesamowite oczy.
– Wszystko jest w porządku – powiedziała powoli. – Nie stało się nic złego. Chcę ci powiedzieć o co chodzi, ale nie chcę robić tego tutaj. Dobrze?
Scorpius pokiwał powoli głową i rozejrzał się wokół. Nikt nie zwracał na nich większej uwagi niż zwykle.
Złapał Rose za rękę i pociągnął ja do niewielkiego pokoju przylegającego do Wielkiej Sali. Wiedzieli, że jest używany tylko podczas uczty powitalnej na początku roku, żeby upchnąć gdzieś pierwszoroczniaków oczekujących na Ceremonię przydziału. Mieli zatem względną pewność, że nikt nim nie przeszkodzi.
– Słucham – oznajmił uprzejmie, wpatrując się w Rose wyczekująco.
Dziewczyna wyszczerzyła się do niego, po czym wesoło zamachała mu przed twarzą kawałkiem pergaminu.
– Mój obraz został sprzedany! – obwieściła.
Scorpius wytrzeszczył na nią oczy.
– Co… Poważnie? – upewnił się, na co ona pokiwała z zapałem głową. – Rose, to wspaniale!
Tym razem to on oplótł ją ciasno ramionami w talii, a Rose poczuła, jak jej stopy odrywają się od ziemi, po czym poszybowała w powietrzu, gdy Scorpius trzykrotnie okręcił ja wokół własnej osi.
– Gratulacje – dodał, spoglądając z uśmiechem na zarumienioną z emocji dziewczynę. – To chyba strasznie szybko, co? Kiedy został wystawiony?
– Pod koniec stycznia, czyli ponad miesiąc temu. Więc nie aż tak strasznie szybko – przyznała. – Ale biorąc pod uwagę fakt, że jestem całkowitym nowicjuszem i malarzem bez renomy, to naprawdę sukces! Możliwe… że dobrze mi to wróży. No wiesz, jeśli… jeśli chciałabym w przyszłości zrobić coś podobnego – dodała nieśmiało.
– A nie planujesz?
– Nie wiem, może. – Przygryzła wargę. – Już pytali o moją kolejną pracę.
– I nad czym się zastanawiasz? – zapytał. – Uwielbiasz to robić. Myślałem, że tego właśnie chcesz.
– Nie wiem, czego chcę. – Wzruszyła ramionami. – Umiem malować. Nie wiem czy to jest wszystko co chcę robić.
– Dlaczego?
– Nie sądzisz, że to po jakimś czasie zmieniłoby się w rutynę? Psucie czegoś, co kocham i zmuszanie się, żeby robić to każdego dnia, dla pieniędzy i aby zadowolić innych ludzi? Nie wiem czy nadal bym to kochała.
– To nie myśl o tym w ten sposób – poradził. – Nawet jeśli miałabyś… blokady i nie przychodziłoby do ciebie… eee… natchnienie, byłabyś w stanie zarobić tyle, żeby spokojnie się utrzymać. Poza tym, o przyszłości myśli się wtedy, kiedy już nadejdzie. Coś wykombinujesz.
– To chyba niezbyt odpowiedzialne podejście – skomentowała Rose. – Poza tym, nie chodzi tylko o to – dodała. – Moi rodzice na pewno by się załamali. Nie wiem dlaczego, ale w naszej rodzinie chyba istnieją tylko cztery opcje kariery: Auror, uzdrowiciel, pracownik ministerstwa i profesjonalny gracz quiddicha. Wybrałam jedną z nich, żeby ich zadowolić. – Wzruszyła ramionami. – Rodzice chcą, żebym miała porządny zawód, który zapewniłby bezpieczna przyszłość i stały dochód.
– Byłabyś nieszczęśliwa w tej pracy – zaoponował Scorpius. – Musiałabyś nieustannie wchodzić w interakcje z ludźmi. Widywałabyś ich setki każdego dnia i nie na takiej zasadzie, jak wtedy, kiedy chodzisz w zatłoczone miejsce, żeby zgubić się w tłumie obcych, bo nie na tym polega taki zawód.
– Ale mama…
– Twoja mama chce, żebyś była szczęśliwa. Jeśli byś z nią o tym porozmawiała, zrozumiałabyś, że mam rację – upierał się. – Ale dobrze, załóżmy, że twoja mama byłaby niezadowolona. Co z twoim tatą? On nie przywiązuje aż tak wielkiej wagi do edukacji czy kariery. Wspomnij mu, że chcesz zostać malarką.
– Po moim trupie! – oburzyła się Rose.
– Och daj spokój, Picasso. – Scorpius przewrócił oczami. – Co najgorszego mogłoby się stać?
– Mógłby mnie usłyszeć!
Blondyn zachichotał cicho.
– Zaufaj mi, Rose. Pogadaj z rodzicami – poprosił. – Dla mnie? – dodał pytająco, unosząc lekko brwi, a Rose poczuła, że się roztapia, pod wpływem jego spojrzenia. Jakby była zrobiona z czekolady i ktoś nagle by ją wsadził do piekarnika.
Jak niby miała mu odmówić? Zwłaszcza że w niektórych kwestiach mógł mieć rację.
– No dobrze – mruknęła. – Spróbuję.
– A wracając do tematu pieniędzy: o to nie musisz się martwić. Przecież istnieją różne plany awaryjne. – Uśmiechnął się do niej łobuzersko. – Zawsze możesz zostać moją żoną i dysponować fortuną Malfoyów. Nie przepracowalibyśmy ani jednego dnia.
– Scorpius! To nie jest śmieszne! – Uderzyła go lekko otwartą dłonią w ramię. – A poza tym, chciałabym mieć własne pieniądze, a nie polegać na czyichś.
Scorpius uniósł jedną brew.
– I to jest jedyny powód, dla którego nie chciałabyś za mnie wyjść?
Rose wsparła dłonie na biodrach, zerkając na niego z irytacją.
– Jeśli tak miałyby wyglądać twoje oświadczyny, to współczuję jakiejkolwiek nieszczęśnicy, którą czeka ten los.
– Jak miło – westchnął teatralnie. – I co jest złego w poleganiu na czyichś pieniądzach, jeśli ta osoba nie ma nic przeciwko?
– Chciałabym być niezależna i samowystarczalna.
– Ach te dzisiejsze kobiety. – Scorpius przewrócił oczami.
– I jak to sobie w ogóle wyobrażasz, że nie przepracowalibyśmy ani jednego dnia? – dociekała Rose. – Zanudzilibyśmy się na śmierć! Co niby byśmy robili?
Scorpius diametralnie zmienił wyraz twarzy. Spojrzał na nią z drapieżnym błyskiem oku, a zaczepny uśmiech błąkał się po jego uchylonych ustach. Oparł dłonie o ścianę za głową Rose, zbliżając się do niej małymi kroczkami.
– Dobrze wiesz, co byśmy robili – powiedział cicho, zerkając szybko na jej usta.
Rose zaczerwieniła się raptownie, ale spojrzała na niego z oburzeniem.
– Jesteś niereformowalny!
– A ty nieludzko piękna.
– Zamknij się.
– Zawsze tak przyjmujesz komplementy?
– To nie był…
Dalsza część jej wypowiedzi została stanowczo przerwana przez usta Scorpiusa. Rose natychmiast zapomniała, co właściwie chciała powiedzieć. Ramiona chłopaka objęły ją mocno w talii i przyciągnęły do siebie, po czym poczuła, że jej plecy jeszcze mocniej napierają na ścianę, gdy oboje usiłowali zlikwidować ostatnie dzielące ich milimetry. Po chwili Scorpius przygryzł jej dolna wargę, a jego usta stłumiły jej jęk.
– Niech już będzie noc – westchnęła, gdy zaczął całować jej szyję. Jego palce zaciskały się rytmicznie na jej spódnicy od mundurka, jakby chciał podciągnąć ja do góry, ale się powstrzymywał.
– Już niedługo, Rose – szepnął, odnajdując ustami jej ucho i skubiąc delikatnie jego płatek. Rose zadrżała w jego ramionach.
Za każdym razem, kiedy Rose wiedziała, że spotkają się wieczorem w Pokoju Życzeń, niecierpliwie wyczekiwała, aż godzina będzie stosownie późna i wszystkie jej współlokatorki zasną.
Ponadto, coraz później wracała do siebie. Miejsce pod obojczykiem Scorpiusa, gdzie idealnie pasowała jej głowa, stawało się wygodniejsze z każdą kolejną schadzką. Zostawała tam czasem godzinami, cieszyła się jego ciepłym torsem, silnymi ramionami i jego palcami, które bawiły się rudymi włosami. Rozmawiali godzinami. O ulubionych potrawach, kolorach, piosenkach, zajęciach i innych ulubionych rzeczach. Rose opowiadała Scorpiusowi o filmach i mugolskich sprzętach, a on jej o dziwactwach wychowywania się w starej, czystokrwistej, snobistycznej rodzinie. Ona serwowała mu historyjki o dowcipach i głupotach, które czasem robili jej kuzyni, a on jej o swoich lekko stukniętych krewnych.
Rozmawiali o wojnie, zarówno o tych aspektach znanych wszystkim jak i o z pozoru nieznaczących drobnostkach, które usłyszeli od rodziców.
Zdarzało im się zasnąć na krótko, a ona coraz rzadziej budziła się zażenowana tym, że znowu całą drzemkę spędziła wtulając się w niego jak kotka.
Rose uwielbiała te godziny.
 – Niedługo? Cały dzień! – jęknęła rozpaczliwie, ale zachowując resztki zdrowego rozsądku odsunęła od siebie chłopaka. – Musisz iść na śniadanie – powiedziała, starając się wrócić do beztroskiego tonu.
– A co z tobą? – zdziwił się, również oddychając szybko, dotykając swoje zarumienione policzki górną stroną dłoni, żeby trochę je ochłodzić.
– I tak nic nie przełknę, jestem zbyt podekscytowana – wyznała. – Później się najem. Zeszłam tu tylko po to, żeby ci powiedzieć o obrazie. Reszta jeszcze nie wie, chciałam powiedzieć tobie pierwszemu.
– Dlaczego? – zdziwił się, unosząc brew z rozbawieniem. – Oni też są twoimi przyjaciółmi.
Rose otworzyła usta, ale zaraz potem znów je zamknęła. Nie pomyślała o tym, żeby samej sobie zadać wcześniej to pytanie. Nie miała odpowiedzi.
– Ja… – zaczęła. – Bez powodu. Po prostu, pierwszy przyszedłeś mi do głowy i…
– Dlaczego pierwszy przyszedłem ci do głowy? – dociekał.
– Idź na śniadanie – fuknęła Rose, czerwona na twarzy i w zaskakująco, jak na nią, szybkim tempie ulotniła się z klasy.
Scorpius pokręcił z rozbawieniem głową i udał się na śniadanie.

Kiedy już pojawił się w Wielkiej Sali, ostrożnie zlustrował wzrokiem uczniów, poszukując twarzy, które widział wcześniej w Sali Wejściowej, kiedy to Rose zarzuciła mu ręce na szyję. Tak jak podejrzewał, nikt nawet mu się nie przyglądał, nie wspominając o jakiejkolwiek podejrzliwości. Zawsze powtarzał Rose, że przesadza z tą ostrożnością.
Tylko Lily Potter mrugnęła do niego porozumiewawczo, choć był pewien, że nie było jej wtedy przed drzwiami. Ona i jej wszechpotężne macki.
– Chyba pomyliłeś stoły – powiedział, gdy zauważył Albusa wśród innych Ślizgonów, po czym zajął miejsce obok niego.
– Czy to zbrodnia, chcieć od czasu do czasu zjeść śniadanie z przyjacielem? – zapytał radośnie Gryfon, krojąc kiełbaskę na talerzu. Wyglądało na to, że już kończył.
Scorpius uniósł brew, słysząc jego odpowiedź.
– Al, co ty knujesz? – zapytał podejrzliwie. – Czy to znowu ma jakiś związek z twoim fetyszem na punkcie Puszków Pigmejskich? Bo już mówiłem, że nie będę o tym z tobą…
– Nie mam fetyszu na punkcie Puszków Pigmejskich! – wykrzyknął Potter, najwyraźniej nieco za głośno, bo kilka Ślizgońskich głów odwróciło się z zainteresowaniem w jego kierunku. – Po prostu uznałem, że ostatnio jesteś dziwny i chciałem odbyć męską rozmowę.
– I męska rozmowa musi się odbywać przy bekonie i tostach? – upewnił się.
Albus zawahał się na moment, a Scorpius dostrzegł wyraz rezygnacji na jego twarzy.
– Melody powiedziała, że to dobra technika manipulacji – przyznał Al, wzdychając. – Zająć przesłuchiwanego jedzeniem i piciem…
– Przesłuchiwanego? – wtrącił Malfoy, ale Albus udawał, że go nie słyszy.
– … aby jego uwaga  była rozproszona i żeby nie miał pełnej kontroli nad informacjami, którymi się dzieli.
– Skąd twoja dziewczyna zna techniki manipulacji psychologicznej?
– Tak czy siak – kontynuował niezrażony Gryfon, ponownie go ignorując. – Opowiedziałem jej o twoim zachowaniu, no a ona kazała mi porozmawiać z tobą szczerze, uprzejmie i wyciągnąć z ciebie najwięcej jak się da.
– Powiedz, Al, bolą cię czasem plecy? – zapytał zdawkowo Scorpius.
– Nie, dlaczego?
– Pomyślałem, że ten pantofel, pod którym trzyma cię Mel, może czasem uwierać.
– Strasznie śmieszne – warknął Al. – Mówię serio, Score. Pamiętaj, że szczerość jest podstawą przyjaźni – wyrecytował.
– Albus, podstawą naszej przyjaźni była nienaturalnie jasna skóra, popaprane rodziny i okropne imiona.
Albus skrzywił się lekko.
– Fakt. Nasze imiona są straszne, Scorpiusie Hyperionie Malfoy.
Tym razem to Scorpius wyglądał, jakby zjadł cytrynę.
– Masz całkowitą rację, Albusie Severusie Ginevro Potter.
– Nie mam na trzecie Ginevra.
– Ale mógłbyś mieć – podsumował Scorpius. – I czym właściwie objawia się moje „dziwne” zachowanie.
Albus przygryzł wargę, jakby nie był pewien, czy powinien mówić.
– Włóczysz się nocami po zamku – powiedział w końcu. – Raz nie mogłem zasnąć, zerknąłem na Mapę Huncwotów i zobaczyłem twoją kropkę, wymykającą się z dormitorium. Od tej pory szukam cię tam codziennie, ale zazwyczaj po prostu włóczysz się bez sensu po zamku, albo… albo całkiem znikasz z mapy. – Przełknął ślinę. – Nie jestem idiotą, Scorpius.
Malfoy zamyślił się na chwilę. Włóczenie się po zamku było celowe. Pomyślał już wcześniej o tym, że Albus może przypadkowo wypatrzeć go na swojej mapie, więc zawsze poświęcał trochę czasu na spacery po ciemnych korytarzach, żeby sprawiać wrażenie, jakby nie miał konkretnego celu. No i za każdym razem przychodzili z Rose do pokoju z co najmniej pół godzinnym odstępem pomiędzy sobą. Albusowi najwyraźniej nie przeszło przez myśl, żeby zacząć śledzić własną kuzynkę.
Nieco skostniał z przerażenia, ale Albus nie wydawał się szczególnie podejrzliwy. Po prostu się martwił.
– Mam ostatnio trochę kłopotów z ojcem i ze swoją głową, przez tego owutema z mugoloznawstwa. O którym on nadal nie wie. Chodzę czasem do Pokoju Życzeń, żeby posłuchać muzyki. Czasem też zmieniam go w siłownię. – Właściwie żadna z rzeczy, które właśnie powiedział, nie była nieprawdą. Z tym że robił to za dnia.
– I musisz to robić w środku nocy?
– Wtedy się najlepiej rozmyśla i kontempluje. – Wzruszył ramionami. – Myślisz, że dlaczego Rose łazi na Wieżę Astronomiczną właśnie w nocy?
Powinien był odgryźć sobie język. Należało trzymać Rose najdalej od tej rozmowy, jak tylko się dało.
– No tak – powiedział Albus, wzruszając tylko ramionami, jakby uważał temat za skończony.
Scorpius ledwo powstrzymywał się przed wytrzeszczeniem na niego oczu. Naprawdę nie wyczuł tam jakiegokolwiek fałszu? Scorpius zaczynał podejrzewać siebie o to, że celowo wymyślał tak kiepskie kłamstwa, żeby Albus w końcu go zdemaskował i żeby nie musieć już kłamać. Nigdy jakoś nie zauważył, że jego przyjaciel jest aż tak ufną osobą.
Najwyraźniej Abus naprawdę żył w wielkiej, różowej bańce.
Po tym pełnym emocji śniadaniu, Scorpius wymamrotał coś o bibliotece i opuścił Wielką Salę. Po drodze wstąpił do lochów, żeby zgarnąć swoją torbę. Była, co prawda, sobota, aczkolwiek był mocno do tyłu z pracami domowymi, a chciał też trzymać się swojej grafiku powtórek z mugoloznawstwa, który przygotowała dla niego Melody, starannie kalkulując ile materiału miesięcznie, tygodniowo i dziennie musiał przerabiać, żeby wyrobić się do egzaminów. Upojna wizja wolnej niedzieli powoli rozpływała się w jego głowie, zostając gdzieś na pograniczu cichych nadziei i dzikich fantazji.
Kiedy zajął sobie w prawie pustej bibliotece ustronne miejsce między regałami, był zachwycony. Otaczała ko kompletna cisza. Siedział na tyle daleko od biurka pani Pince (kiedy ona w końcu… przejdzie na emeryturę?), że nie słyszał nawet skrobania jej pióra po pergaminie.
Nie było mu dane długo cieszyć się spokojem. Miranda jakimś cudem znalazła go po niecałych piętnastu minutach.
– Czego chcesz? – warknął nieuprzejmie, wzdrygając się na dźwięk skrzypienia odsuwanego krzesła.
– Ach, Scorpius Malfoy – westchnęła teatralnie Miranda. – Mój najjaśniejszy promyczek słońca w tym smutnym zamku. Jak się miewasz tego pięknego dnia?
– Próbuję się uczyć – wyjaśnił z niesmakiem.
Miranda była kompletnie niewrażliwa na jego aluzje.
– Jak tam z Rose?
– Świetnie. – Scorpius przewrócił oczami. – Zabiję się lada dzień.
– Musisz być taki melodramatyczny? – Miranda westchnęła. – Chodzisz po zamku uśmiechnięty od ucha do ucha. Nie wyglądasz na osobę, która chce ze sobą skończyć.
– To była hiperbola – warknął. – Po prostu wszystko jest takie niejasne i skomplikowane…
– To powiedz jej czego chcesz.
– Po pierwsze: Lily mi zabroniła, po drugie: Rose ucieknie zanim skończę zdanie, po trzecie: kto powiedział, że ja czegoś chce?
– Nie zgrywaj się. – Miranda uderzyła go w ramię. – Wpadłeś po uszy. A Rose myśli, że taki układ ci pasuje. Przecież ona w ogóle nie jest świadoma tego, jakie emocje w tobie wywołuje.
– Nie wywołuje we mnie żad…
– Zamknij się – zakomenderowała dziewczyna, a Scorpius z niesmakiem odnotował, że już drugi raz ktoś to dzisiaj do niego powiedział. – Sam mówisz, że Rosie nie ma pojęcia, jaka jest w twoich oczach. Może czas jej powiedzieć? Myślicie oboje, że to takie cholernie mądre i sprytne, jak sobie jesteście tacy tajemniczy, ale na chwilę obecną jest to po prostu głupie – zaopiniowała.
– Ale Lily…
– Pieprzyc Lily – rzuciła Miranda, a według Scorpiusa brakowało jej tylko tego, żeby splunęła pogardliwie na ziemię.
Spojrzał na nią z oburzeniem, jakby obraziła wszystkich jego bogów.
– Nie jest nieomylna – kontynuowała niezrażona. – Powiedz Rose. Zachowujesz się nie fair wobec niej, oczekując, że po prostu się wszystkiego domyśli, co ci tam chodzi po głowie i co piszesz w swoim różowym pamiętniczku.
– Jeśli miałbym pamiętnik, to z pewnością nie byłby różowy – zaoponował Scorpius. – A nie chcę nic mówić Rose, bo to by było przerażające, tak się… obnażyć. Jeśli by mnie wyśmiała, albo posłała do diabła, to nie moglibyśmy już nigdy normalnie porozmawiać. Wolałbym zachować resztki swojej dumy.
Ich rozmowa została przerwana, gdy usłyszeli kroki. Zza półek wyłonił się Harold w towarzystwie… Belli Halloran. Scorpius ostatnio podejrzanie często widywał tę dziewczynę. I wszelkie jej działania sprawiały, że był bardzo zagubiony, przez co ciągle się rumienił. Obawiał się, że może to zostać źle odczytane.
Spojrzeli wymownie na Harolda, którego przez całą swoją edukację widzieli w bibliotece może z pięć razy. Nigdy w sobotę.
– Zawalam zaklęcia i zielarstwo – odpowiedział na ich niewypowiedziane pytanie, sadowiąc się ciężko na krześle naprzeciwko Scorpiusa. – A Bella cię szukała. Pomyślałem, że możesz tu być.
Scorpius zerknął pytająco na ciemnowłosą dziewczynę, stojącą przy ich stoliku.
– Cóż, chyba przejdę od razu do rzeczy – zachichotała nerwowo. – W następną sobotę jest Hogsmeade. Nie chciałbyś może się ze mną wybrać?
Scorpius zamarł. Czegoś takiego kompletnie nie przewidział i przez chwilę miał nadzieję, że mówiła do Mirandy. Ale nie spuszczała z niego wzroku.
Przełknął głośno ślinę.
– Masz na myśli…
– Randkę – potwierdziła, spuszczając ze skrępowaniem wzrok.
Scorpius wiedział, że Bella była bardzo atrakcyjną dziewczyną. Miała ładne, ciemne włosy, długie nogi i bardzo szczupłą sylwetkę. Prawie każdy chłopak wodził za nią wzrokiem. Dobrze się uczyła, mówiła dużo ciekawych rzeczy, z pewnością nie była głupia. Być może każdy z tych obracających się za nią chłopców bez wahania zapomniałby o Rose Weasley i umówił się z Bella.
Każdy oprócz ciebie.
– Ja… – zaczął nieskładnie. – Czy mógłbym dać ci znać nieco później?
Bella wyraźnie nie spodziewała się takiej odpowiedzi i wydawała się być jeszcze bardziej zawstydzona. Cóż, może powinna go spytać podczas rozmowy w cztery oczy. Skinęła głową i wycofała się w głąb biblioteki.
Zaintrygowany Harold odprowadził ją wzrokiem.
– Jak to się dzieje? – zapytał Scorpiusa. – Przecież ty się nawet nie odzywasz.
– Ale wygląda – odparła Miranda. – Chociaż wiem, co masz na myśli. Scorpius ciągle kradnie dziewczyny, które mi się podobają. Teraz Bella, wcześniej…
Urwała, kiedy Scorpius kopnął ją gwałtownie w kostkę i syknęła z bólu.
– Wcześniej kto? – zainteresował się Harold. – przecież Scorpius…
– Czy możecie się zamknąć na pięć cholernych minut?! – warknął Scorpius chowając twarz w dłoniach. Harold i tak domyślał się zdecydowanie za dużo. – To jest biblioteka! Niektórzy naprawdę chcą się czegoś nauczyć!

***

Rose wracała właśnie z popołudniowej herbatki u Hagrida, gdy zobaczyła Scorpiusa w oddali za chatką gajowego. Zmierzał w kierunku zagrody, siedząc dumnie w siodle. Koń dreptał powoli, spacerowym tempem. Pamiętała jak Scorpius mówił jej, jak to się nazywa, ale wyleciało jej z głowy.
Minęła chatkę i zbliżyła się do ogrodzenia. Gdy tylko twarz chłopaka była na tyle blisko, że mogła dostrzec jej wyraz, zauważyła, że nie spuszczał z niej wzroku. Możliwe, że zauważył ją wcześniej niż ona jego, że względu na agresywną czerwień jej włosów.
– Rose – powiedział, zatrzymując Skuld blisko płotka. – Co tu robisz? – zapytał, zeskakując z siodła.
Rose wepchnęła dłonie do kieszeni swojego płaszcza i wzruszyła ramionami.
– Zobaczyłam się i pomyślałam, że… – Właściwie sama nie wiedziała, dlaczego po prostu nie poszła do zamku, a zamiast tego postanowiła poprzeszkadzać Scorpiusowi. – … spytam, o której się dziś widzimy w Pokoju Życzeń.
– O której chcesz – odparł, uśmiechając się do niej lekko, ale coś było nie tak. Miał dziwny niepokój w oczach, co z jakiegoś powodu natychmiastowo wywoływało niepokój również u Rose.
Niewiele myśląc przeszła przez płotek i podeszła do niego.
– Wszystko w porządku? – zapytała z wahaniem, kładąc mu dłoń na ramieniu. Scorpius oderwał wzrok od siodła, przy którym akurat majstrował i wbił srebrne spojrzenie w palce Rose, głaszczące jego twarde ramię. Zastygł na chwilę w takiej pozycji, pogrążony w myślach.
– Bella Halloran zaprosiła mnie na randkę – powiedział w końcu. Weasley natychmiast zabrała rękę, po czym splotła ją z drugą, za swoimi plecami. Poczuła się jakby ją uszczypnął, wybudzając ją tym samym z błogiego snu, w którym żyła sobie spokojnie od kilku tygodni.
Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Albo trzeba o tym porozmawiać. Rose nie była fanką poważnych rozmów. Ani poważnych rozmyślań, jak już o tym mowa.
– Och – bąknęła sztywno i bez sensu. – I zgodziłeś się?
– Powiedziałem, że się zastanowię – odparł, równie niewyraźnie jak ona, unikając jej wzroku. Scorpius nigdy wcześniej nie bał się spojrzeć jej w oczy.
Rose spróbowała zmusić uśmiech, żeby zagościł na jej twarzy.
– Cóż, to nieładnie tak trzymać ja w niepewności – powiedziała, siląc się na wesołość. – Dlaczego miałbyś się nie zgodzić?
Wtedy w końcu na nią spojrzał.
– Czyli nie masz nic przeciwko? – upewnił się, a srebrne oczy nagle wydały się Rose mieć kolor stali. Twardej, nieustępliwej… wściekłej.
– A dlaczego miałabym mieć?
Nie musiał wiedzieć, że na samą wzmiankę o Belli, przed oczami Rose pojawiła się wizja różnych agresywnych czynności.
Ale czy to nie ona sama powiedziała, że takie relacje jak ta ich zawsze się kończą? Że iskierka się kiedyś wypali i będą musieli ruszyć dalej? Może to był właśnie ten czas?
Problem polegał na tym, że u Rose iskierka płonęła jak szalona.
Scorpius najwyraźniej znudził się udawaniem spokojnego i kopnął z wściekłością w najbliższy kamyk, odsyłając go na drugą stronę zagrody.
– Nie mam pojęcia – warknął. – Nie wiem, czego się spodziewałem, chociaż raz próbując wyciągnąć z ciebie jakąś szczerą odpowiedź!
– Jestem szczera! – zawołała, podnosząc głos.
– Na pewno nie sama ze sobą! – odparował, po czym chwycił ją za ramiona. – Wolisz zamykać się w tej swojej niedojrzałej głowie i odmawiać przemyślenia czegokolwiek, co ma związek z relacjami międzyludzkimi!
– Co ma do tego moja dojrzałość? – Próbowała się odsunąć, ale jego palce trzymały ją w stalowym, choć bezbolesnym uścisku. – Mówisz, jakbyś ty był zawsze taki konkretny w wyrażaniu oczekiwań!
– Moje oczekiwania nie mają znaczenia! To twoje decyzje się tutaj liczą! Te, których odmawiasz podjęcia – oznajmił gniewnie, puszczając jej ramiona i odchodząc parę kroków, po czym odwrócił się tyłem do Rose i przeczesał włosy dłońmi w geście frustracji.
– Ale może ja chciałabym usłyszeć czego konkretnie chcesz? – jęknęła bezradnie, nie wiedząc jakim cudem niewinna rozmowa przerodziła się w tak pozbawioną sensu kłótnię.
– Za każdym razem, kiedy próbowałem ci to powiedzieć uciekałaś jak spłoszona gazela albo mi nie wierzyłaś! – odparł wyrzucając ręce w powietrze.
– Niby kiedy?! – oburzyła się, urażona porównaniem do gazeli. – Co takiego próbowałeś mi powiedzieć?
Scorpius odtworzył usta, jakby chciał jej odpowiedzieć, ale powstrzymał się i zaraz zamknął je z powrotem.
– Nieważne – mruknął po chwili.
– No powiedz.
– Nie mogę.
– Bo co?
– Bo się boje! – wykrzyknął w końcu.
– Boisz się mnie? – zapytała Rose, chichocząc nerwowo, nie będąc pewna czy żartuje.
– Wyobraź sobie, że tak – prychnął, z wyrazem wściekłości pomieszanej z bezradnością na twarzy. – I chyba nie chce się już dłużej narażać.
Rose poczuła, że robi jej się zimno i nie miało to nic wspólnego z panującą na dworze temperaturą.
– Co masz na myśli?
– Jeszcze nie wiem.
– Świetnie! – warknęła w końcu. – W takim razie najlepiej nie mówmy nic i czekajmy aż problem sam się rozwiąże!
– I kto to mówi! – wykrzyknął oburzony. – Rose Weasley, która unika rozmowy jak tylko się da i rozwiązuje problem poprzez udawanie że go nie ma!
– Może próbuję to zmienić – warknęła, przez zaciśnięte zęby. – Ale kiedy ja się staram, ty odmawiasz współpracy!
– Postaraj się bardziej!
– Wiesz co? Ja też mam dość.
– Super. – Przewrócił oczami. – Więc idź schowaj się przed ludźmi, czy co tam lubisz robić w wolnym czasie. Tylko, broń Boże, nie rozmyślaj o niczym istotnym.
– Świetnie – pisnęła, mrugając szybko, czując jak łzy napływają jej do oczu. Nie mogła się teraz rozkleić. Musiała jeszcze chwilę wytrzymać. – A ty baw się dobrze na randce z Bellą!
Scorpius złapał swoje siodło i ponownie umieścił stopę w strzemieniu.
– Och, uwierz mi. – Odbił się od ziemi i wskoczył na konia. – Będę!
I pogalopował w stronę lasu. Nawet jego koń wydawał się wściekły.
Rose odwróciła się na piecie i zaczęła biec w stronę szkoły. Teraz już mogła pozwolić łzom toczyć się po twarzy.
Co z nią było, do ciężkiej cholery, nie tak? Jak mogła pozwolić, żeby to się stało? Przez krótką i cudowną chwilę miała tego cholernego, cudownego chłopaka tylko dla siebie Mogła go dotykać, całować, przytulać i rozmawiać z nim godzinami o mniej lub bardziej ważnych rzeczach. Nikt jej nie popędzał. Jasne, on z pewnością nie myślał o niej w takich kategoriach, był raczej zainteresowany tylko jej ciałem. Ale mimo wszystko znosił wszystkie jej humorki, dziwne wypowiedzi, bezsensowne rumieńce i każdą drobna obsesje. Jakie to miało znaczenie, że to nie było prawdziwe, że nie łączyło ich nic poważniejszego? Liczyło się to, że w tym konkretnym momencie swojego życia czuła się szczęśliwa i… kompletna. Dlaczego jej cholerny temperament uparł się, żeby zakończyć to tak szybko?
Nie rozumiała samej siebie. W żaden sposób nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego nie pozwalała ich rozmowie potoczyć się takim torem, żeby nabrała jakiegokolwiek sensu.
Tylko co właściwie mogła zrobić inaczej? Czy jeśli powiedziałaby, że krew ja zalewa na samą myśl o jego randce z Bellą, to czy rozmowa i tak nie zakończyłaby się kłótnią? Skoro ani ona ani Scorpius nie chcieli, żeby łączyło ich coś więcej niż przyjaźń z… dodatkami, to nie miała żadnego prawa mu mówić, że nie powinien umawiać się z inną dziewczyną. Jeśli by to zrobiła, zapewne też by się zdenerwował. Może miał rację, próbując na samym początku ustalić z nią jakieś zasady. Może powinni się umówić, że nie chodzą na randki, dopóki to „coś” między nimi trwa.
Ale jeśli Bella naprawdę mu się podoba, to oczywiste, że nawet gdyby ustanowili taką zasadę, i tak zgodził by się na jej propozycję. A wtedy kontakty z Rose tak czy siak musiałyby się zakończyć, bo inny scenariusz byłby nieuczciwy dla całej ich trójki.
Wiec co mogła zrobić lepiej?
Przyznawała, że ostatnimi czasy, gdy leżała w łóżku i wspominała z czułością wszystkie ostatnie chwilę ze Scorpiusem, czasem nachodziły ją myśli, że… że może… cóż… że może naprawdę nie miała racji z tą swoja awersją do związków. Ze Scorpiusem wszystko wydawało się tak proste, tak cudowne… może mogłaby się nauczyć właściwszego toku myślenia i choć w jednej kwestii przestać być dziwakiem.
Ale nawet przez myśl jej nie przeszło, żeby mu o tym wszystkim powiedzieć! Za bardzo się bała, że go przestraszy, że Scorpius zaraz jej wytłumaczy, z tą swoja rozbawioną miną i dołeczkiem w policzku – wszystko źle zrozumiałaś Rose… przecież nie o taką relacje nam chodziło… nie lubię cię…
Cóż, teraz i tak wszystko się skończyło, wiec może nie miała nic do stracenia. Oprócz godności.
Pogrążona w myślach ledwo zauważyła, że jest już w szkole. Zamek o tej porze był dość cichy, bo, w godzinach poobiednich, uczniowie zazwyczaj się uczyli, odrabiali prace domowe lub też zażywali zasłużonego relaksu i rozluźnienia. Rzadko kiedy robili to na korytarzach.
Przestała już płakać, choć czuła, że jej oczy nadal są opuchnięte i z pewnością czerwone. Marzyła o przemyciu twarzy zimną wodą, wiec skierowała swoje kroki w stronę najbliższej łazienki na pierwszym piętrze, gdy nagle usłyszała za sobą znajomy głos.
– Rosie, kochanie! – zawołała Hermiona Weasley, truchtając za córką. – Wszędzie cię szukałam. Chciałam cię chociaż uściskać, zanim wrócę do domu.
– Mama? – zdziwiła się Rose, jednak już po chwili wszelkie nieprzyjemne emocje opuściły jej ciało, gdy znalazła się w ciepłych ramionach mamy. Czym ona właściwie się przejmowała jeszcze chwilę temu? Przecież wszystko będzie dobrze. Znowu czuła się jak małe dziecko, ze swoimi dziecinnymi problemami. Odwzajemniła uścisk, a jeśli Hermiona zauważyła, że córka nie przytulała jej tak czule odkąd skończyła jedenaście lat, nie skomentowała tego. – Co ty tu robisz? – spytała Rose zduszonym głosem.
– Pilnuję Hugona – wyjaśniła Hermiona, głaszcząc rude loki. – Rozmyślałam o nim przez cały ten czas odkąd miał wypadek i postanowiłam, że poproszę panią dyrektor o specjalne wytyczne dla niego. Będzie bardziej pilnowany, dzięki czemu ograniczy treningi, przestanie terroryzować kolegów z drużyny i skupi się na nauce.
W końcu jednak matka nie mogła już ignorować tego, jak niebywale długo trwa ten uścisk. Ostrożnie odsunęła od siebie Rose i przyjrzała się jej uważnie.
– Skarbie, czy ty płakałaś? Co się stało?
– Co? Och nie. – Dziewczyna machnęła lekceważąco ręką. – to od zimna.
Hermiona nadal przyglądała jej się sceptycznie.
– Rosie, wiesz przecież…
– Mamo – zaczęła nagle, sama nie wiedząc jaka siła ją nakłania, żeby to powiedziała – Postanowiłam, że zostanę malarką.
Hermiona patrzyła tylko na nią, unosząc lekko brew.
– Tak na poważnie – dodała. – No wiesz, w życiu.
Wyraz twarzy kobiety się nie zmienił.
– Jako wybór kariery, nie hobby – uzupełniła, oczekując wybuchu lub litościwego spojrzenia.
– Rosie – przerwała jej matka, uśmiechając się lekko. – Naprawdę, najwyższy czas. Cieszę się, że w końcu to rozgryzłaś. Nawet Hugo wiedział wcześniej niż ty sama.
Tym razem Rose wytrzeszczyła oczy.
– Co proszę? – zdziwiła się. – To dlaczego nic nie powiedzieliście i zamiast tego żartowaliście z wszystkich innych moich pomysłów na życie?
Rose przeszła kilka faz w swoich wyborach kariery. Uzdrowiciel (ostatnio), Pracownik Ministerstwa Magii, Minister Magii (miała sześć lat), właścicielka sklepu, architekt, nauczyciel, poeta podróżny (miała siedem lat). Raz nawet powiedziała ojcu, że zamierza po prostu dorosnąć i żyć z jego pieniędzy. Powiedział, że nie ma żadnego problemu, jeśli tylko będzie nosić grube płaszcze na randki.
Hermiona wzruszyła ramionami, nadal się uśmiechając.
– Uważaliśmy, że to jest coś, do czego powinnaś dość sama – wyjaśniła. – To twój talent, kochanie. Powinnaś go używać.
Rose czuła się trochę ogłuszona. I lekko kręciło jej się w głowie. Podczas gdy ona niepotrzebnie przejmowała się ich reakcją, oni cały czas wiedzieli. Ciekawe czy Scorpius wiedział.
Ale to już nie miało znaczenia.

***

Podoba wam się nowy szablon? Ja jestem w nim absolutnie zakochana, co najmniej raz dziennie wchodzę na własnego bloga, żeby się na niego pogapić xd A mamy go dzięki uprzejmości utalentowanej Evelyn z Land of Grafic.
Rozdział dedykuje Condawiramurs (Już kolejny raz xd). Naprawdę kocham twoje komentarze. Nawet jak krzyczysz na Rose, za jej głupotę! :D Że już nie wspomnę o tym, że tylko ty skomentowałaś mój ostatni rozdział, ratując mnie tym samym przed załamaniem nerwowym xd
Jak wam się podobał rozdział? Cieszycie się z sukcesu Rose? Myślicie, że Albus jest na jakimś gorącym tropie? Czekam na wasze opinie! A w razie jakby ktoś nie mógł znaleźć odnośnika do komentarzy - jest teraz na górze, przy rozdziale, po prawej.
Trzymajcie się :)

Najfajniejsi ludzie na świecie