sobota, 13 maja 2017

[22]"Więc mam piękną twarz?"

– Powinnyśmy robić to częściej – stwierdziła Melody, nalewając wina do lampki Rose. Za oknami ich dormitorium już dawno zapadł zmrok. Cara wymknęła się gdzieś z Haroldem i zapowiedziała, że wróci późno, a Jessica nocowała w sypialni swoich koleżanek z piątego roku. Rose leżała na dywanie obok Melody, obie z poduszkami pod głowami i stopami ułożonymi nieco wyżej, na materacu łóżka Rose.
Dziewczęta ubrały się w piżamy i postanowiły urządzić sobie babski wieczór, tak stereotypowy, jak tylko mogły wymyślić. Była to ich nieregularna tradycja, którą rozpoczęły w okolicach trzeciego roku. Zawsze nakładały na twarze maseczki, plotły sobie nawzajem warkoczyki i piły wino, przy dźwiękach ulubionych zespołów muzycznych.
– To nie moja wina, że ostatnio w ogóle nie masz dla mnie czasu – poskarżyła się żartobliwie Rose, skubiąc brzegi maseczki, która zaschła jej na skórze. – Całkiem pochłania cię demoralizowanie mojego kuzyna i organizowanie tego walentynkowego idiotyzmu.
– To nie żaden idiotyzm – stwierdziła Melody, unosząc się lekko na łokciach, żeby spojrzeć poważnie na przyjaciółkę, rozłożoną wygodnie na podłodze.
Rose westchnęła ciężko, przecierając oczy palcami. Senność zaczęła powoli ją ogarniać.
– Spytałabym, jak ci się układa z Albusem, ale za bardzo się boję, że zdradzisz mi jakieś intymne szczegóły, których nie chciałabym znać, bo może zapomniałaś, ale jest moim kuzynem – usprawiedliwiła się Rose, przeciągając się, a Melody zaśmiała się dźwięcznie w odpowiedzi.
– Nie miałabym w zasadzie nic do powiedzenia – przyznała Melody. – Serio. Jestem tak szczęśliwa, że nawet nie potrafię tego ubrać w słowa. Nie mogłoby być lepiej, choćbym sama zaprojektowała obecną rzeczywistość.
– Porzygać się można – podsumowała radośnie Rose, unosząc głowę, żeby napić się wina.
Mel przewróciła oczami.
– A ty nie masz mi już nic do opowiedzenia? Żadnych facetów, Rudzinko? A co z tym od szyjomiziania?
Rose poczuła gorąco wstępujące na jej policzki.
– Nie mam dla ciebie żadnych aktualizacji – powiedziała powoli.
Czuła się okropnie. Teraz już nie tylko milczała na temat pewnych wydarzeń, lecz otwarcie okłamywała swoją przyjaciółkę. Wiedziała, że Melody nigdy nikomu by o tym nie powiedziała, bo kiedy w grę wchodziło życie Rose, nie miała żadnego problemu z ukróceniem swoich plotkarskich nawyków. Wiele razy o tym rozmyślała i naprawdę czuła, że powinna wyznać przyjaciółce prawdę o tym, że poszła do łóżka z jednym z ich przyjaciół. Ale było jej tak niesamowicie wstyd, że jest taka słaba, niezdecydowana i dziwna… Nie wiedziała nawet, jak powinna zacząć taką rozmowę i nie potrafiła się do tego zmusić.
– Wiem, że cos przede mną ukrywasz, skarbie – oznajmiła Melody, wzdychając ciężko. – I jest mi przykro, że nie chcesz nic powiedzieć. Ale nie martw się, jakoś sobie z tym poradzę. Wygadasz się, kiedy będziesz gotowa.
Czyli nigdy, podsumowała w myślach Rose.
– A co z tym Krukonem… Danielem? – zapytała Melody, wahając się krótko, zanim przypomniała sobie imię. – Widziałam, że rozmawialiście długo na imprezie Sylwestrowej. Podoba ci się?
– Myślę, że czas iść spać – oznajmiła Rose, której zdecydowanie nie podobał się kierunek, w którym zmierzała ta rozmowa. – Jest już późno, a jutro mamy dużo zajęć… – mamrotała, spiesząc do łazienki, żeby zmyć maseczkę z twarzy.
***

Następnego dnia, kiedy Rose zeszła na śniadanie, zastała przy stole tylko Harolda. Melody wstała znacznie szybciej i prawdopodobnie była już dawno po śniadaniu. Możliwe, że przebywała na kolejnym spotkaniu Komitetu Organizacyjnego Czegośtam. Rose już dawno przestała próbować nadążać za napiętym grafikiem przyjaciółki.
– Cześć, Rudzinko – powitał ją Harold, gdy zajęła miejsce naprzeciwko niego, zapewniając sobie tym samym doskonały widok na stół Slytherinu. Szybko wypatrzyła wśród uczniów platynową czuprynę.
Scorpius siedział, jak zwykle, obok Mirandy Zabini. Dziewczyna chyba wyczuła, że Rose ich obserwuje, bo uniosła głowę i ich spojrzenia się skrzyżowały. Brunetka jej pomachała, a kiedy zorientowała się, że Rose właśnie była w trakcie pożerania Scorpiusa wzrokiem, mrugnęła do niej porozumiewawczo i wróciła do swojego posiłku.
Dlaczego nie była w stanie przestać się gapić?
Jego włosy były, jak zawsze, nieco zmierzwione i opadały mu w nieładzie na czoło. Rękawy koszuli miał podwinięte do łokci, a krawat był niedbale i luźno zawiązany na szyi.
Uspokój się, Rose. Co jest takiego fascynującego w nastolatku, jedzącym śniadanie?
Nic.
Och, na litość boską, czy ty właśnie sama sobie odpowiedziałaś na własne pytanie retoryczne? A wiec to oficjalne. Oszalałaś.
Wcale nie był aż tak przystojny. Absolutnie. No jasne, jego włosy były rozmierzwione i opadały na twarz z tą seksowną manierą, ale oprócz tego nie było w nim nic specjalnego, prawda? Poza tym, ten srebrzysty odcień wspomnianych włosów był prawdopodobnie jedynym powodem, dla którego wyglądał atrakcyjnie. Rose była gotowa się założyć, że jakby teraz do niego podeszła i ogoliła mu głowę, okazałby się brzydki.
Och no dobrze, jego wystające kości policzkowe też miały w sobie coś pięknego i nadawały twarzy tej arystokratycznej wyniosłości. A mocno zarysowana linia szczęki również prezentowała się bardzo pociągająco, gdy odwrócił głowę, żeby powiedzieć coś do Mirandy. Ale to wszystko.
Jasne, miał mięśnie. Jego przedramiona wyglądały nadzwyczaj przyjemnie, z tymi podciągniętymi rękawami. Był smukły i muskularny, ale bez przesady! Nie miał przecież sześciopaka na brzuchu… A właściwie, to miał. Rose pamiętała, jak wbijała w niego palce, podczas tej pamiętnej nocy. Pff, ale czym właściwie specjalnym jest taki sześciopak, pomyślała. To tylko mięśnie.
Och, wspaniale, teraz Scorpius przyłapał ją na gapieniu się. Po prostu cudownie. Rose spuściła wzrok i udała, że zajmuje się swoją owsianką, ale nie wytrzymała długo. Kilka minut później, kiedy upewniła się, że chłopak jest zaabsorbowany własnym śniadaniem, znowu wlepiła w niego wzrok.
– Myślisz, że on farbuje włosy? – wypaliła nagle idiotycznie, a Harold zwrócił się do niej ze zdziwionym wyrazem twarzy.
– Kto? – Powędrował za jej spojrzeniem. – Malfoy? A widziałaś jego ojca? Albo zdjęcia jego dziadka i babci? Oczywiście, że nie farbuje, chyba że robią to wszyscy. No wiesz, w formie rodzinnej tradycji, przekazywanej z pokolenia na pokolenie.
Rose westchnęła ciężko.
– A tak w ogóle, czemu gapisz się na jego włosy? – zapytał, z ogromnym uśmiechem na twarzy. – Pogap się na moje.
– Zrobiłabym to jeśli twoje byłyby równie nonszalancko seksowne – odparła, chowając twarz w dłoniach. Co właściwie miała do stracenia? Haroldowi i tak udawało się przejrzeć ją na wylot. Jakimś cudem.
– Hej! – oburzył się brunet. – Ja też mam wspaniałe włosy!  – Wydawał się autentycznie urażony. Jakby Rose właśnie zmieszała z błotem zarówno jego jak i jego przodków, na trzy pokolenia wstecz.
Przeczesał palcami swoje czarne kosmyki. Miała wrażenie, że zaraz wyciągnie jakieś kieszonkowe lusterko i pudełko żelu, żeby dokonać niewielkich poprawek.
– Czyli zgadzasz się, że jego są wspaniałe? – upewniła się, unosząc brew.
Harold zawahał się na moment, po czym westchnął ciężko.
– No dobra – przyznał niechętnie. – Jako współczłonek Bractwa Świetnych Włosów, przyznaję, że cenię i podziwiam sposób, w jaki układa swoje włosy i pragnę pogratulować mu bardzo dobrych genów i zdrowych mieszków włosowych.
– Bractwo? – zdziwiła się Rose, uśmiechając się. – Macie jakieś sekretne spotkania, czy coś w tym stylu?
– Paragraf trzeci Kodeksu Bractwa Świetnych Włosów mówi, że nie wolno mi wyjawić żadnych sekretów nikomu, kto nie cieszy się przynależnością do Bractwa.
– Jakiego Bractwa? – zainteresował się Albus, siadając obok Rose.
– Żadnego, do którego mógłbyś dołączyć – oznajmił Harold, obrzucając krytycznym spojrzeniem rozczochrane włosy kolegi. – Co słychać, Al? Tęsknisz za swoim chłopakiem?
– Nie mam chłopaka – przypomniał rozsądnie Albus, na co Rose przewróciła oczami.
– On ma na myśli Scorpiusa – wyjaśniła kuzynowi uczynnie. – No wiesz, ze względu na to, że ze sobą nie rozmawiacie.
Albus i Scorpius mieli wieloletnią tradycję, zakorzenioną jeszcze w czasach ich drugiego roku nauki. Kiedy mieli wówczas rozegrać pierwszy mecz quiddicha grając przeciwko sobie, rozpętała się pomiędzy nimi straszliwa awantura, która mogłaby poważnie nadszarpnąć ich przyjaźń. Gdy w końcu emocje nieco opadły, ustalili, że przed każdym meczem, w którym muszą ze sobą rywalizować, będą trzymać się pewnego rytuału. Co roku, kiedy Gryffindor i Slytherin miał odbyć rozgrywkę, chłopcy nie odzywali się do siebie słowem na trzy dni przed i trzy dni po wydarzeniu. W ten sposób, kiedy emocje w nich buzowały, nie mieli okazji posprzeczać się ani o to, kto wygra, ani który z nich złapie znicza. A gdy już było po wszystkim i euforia po wygranej lub załamanie nerwowe po przegranej powoli szły w niepamięć, chłopcy znów zaczynali ze sobą rozmawiać, jakby nigdy nic się nie stało. Po odczekaniu tych kilku dni byli nawet w stanie omówić mecz od strony technicznej i porozmawiać o nim rzeczowo i konkretnie, nie pozwalając, żeby emocje wzięły nad nimi górę.
– Jutro jest mecz – stwierdził Al, wzruszając ramionami. – Więc jeszcze cztery dni i możemy znowu rozmawiać.
– Mam nadzieję, że nie złamałeś sobie nogi, kiedy wczoraj wybiegałeś z biblioteki, kiedy tylko Scorpius się w niej pojawił – wtrąciła Rose. – Ten upadek wyglądał na niebezpieczny.
Dopiero teraz przyjrzała się uważniej kuzynowi. Miał bardzo smutny wyraz w oczach, jakby ledwo powstrzymywał się, żeby nie wybuchnąć płaczem, choć jego normalnie brzmiący głos na to nie wskazywał. Rose nie potrafiła nazwać bijących od niego emocji, ale wyczuła, że cos jest nie tak.
– Akurat ty nie jesteś właściwą osobą, żeby wypominać komuś upadki i potknięcia – wytknął jej Albus, ucinając temat.
               
Jakiś czas później, kiedy skończyli śniadanie, Harold udał się w kierunku Wieży Północnej na Wróżbiarstwo, a Rose i Albus skierowali się do lochów, gdzie mieli lekcję eliksirów.
Gdy już byli w klasie, Rose podążyła w stronę pierwszej ławki, w której siadali we czwórkę, odkąd Melody urządziła w listopadzie zamieszanie, kiedy to Albus zaczął chodzić z Mary Fitzpatrick. Odwróciła głowę, żeby zagadnąć Albusa o pracę domową, ale ze zdziwieniem odkryła, że kuzyna nie ma już obok niej.
Zerknęła za siebie. Albus nadal stał w drzwiach i wpatrywał się w nią z głupim uśmiechem. Znów spojrzała na pierwszą ławkę i odnotowała, że Scorpius już siedzi na swoim zwykłym miejscu pod oknem.
– Żartujesz, prawda? – spytała kuzyna. – Przecież możecie siedzieć w jednej ławce i nie rozmawiać.
– Zasady to zasady! – obruszył się Albus.
– Zasady, czy może chęć robienia z siebie przedstawienia? – zakpiła Rose, a Albus wzniósł oczy do nieba.
– Po prostu usiądę dziś z tyłu z Melody. Ty zostań sobie tutaj, nikt cię do niczego nie zmusza.
– Świetnie. – Westchnęła z frustracją i zajęła miejsce obok Malfoya.
Na jego ustach błąkał się delikatny uśmiech, który wskazywał na to, że słyszał jej wymianę zdań z Alem.
Rose nigdy nie próbowała udawać, że rozumie to całe zamieszanie wokół quiddicha.
Kątem oka zarejestrowała, że Albus w rzeczywistości wcale nie siada obok Melody. Zajął miejsce w ostatnim rzędzie, ale po drugiej stronie klasy, zostawiając jej przyjaciółkę osamotnioną pod oknem. Zmarszczyła brwi i obiecała sobie zapytać ich o to dziwne zachowanie po zajęciach.
– Cześć – przywitała się cicho z Malfoyem i zaczęła wypakowywać z torby wszystko, czego potrzebowała.
– Hej – odparł Scorpius, zerkając na nią z ukosa i unosząc kącik ust do góry. W jego policzku pojawił się dołeczek.
– Wiesz, ostatnio przeczytałam w mugolskiej książce mojej mamy, że dołeczki w policzkach są wynikiem wady genetycznej – wypaliła, rumieniąc się w tym samym momencie. – Wiec na twoim miejscu nie świeciłabym tak swoją piękną twarzą na prawo i lewo, ani też żadną inną częścią ciała.
Scorpius oparł się leniwie na nadgarstku uśmiechając się jeszcze szerzej, a Rose uświadomiła sobie, co właśnie powiedziała.
– Więc mam piękną twarz? – upewnił się unosząc brwi.
Mniej więcej w tym momencie Draco Malfoy wszedł do klasy i zasiadł przy biurku, po czym zaczął przygotowywać się do lekcji, do której pozostało jeszcze dziesięć minut. Zerkał mimochodem na swojego syna i Rose, siedzących w pierwszej ławce. Ona jednak nie zwróciła na niego uwagi, zajęta przeżywaniem w głowie swojego zażenowania. Powinna mieć zakaz rozmawiania z ludźmi.
– Nie! Nie to miałam na myśli? – wyjaśniła niezdarnie, ale na to chyba było już za późno.
– A co z tymi pozostałymi częściami? – zainteresował się chłopak. – Są piękne czy nie?
– Nie…
– Czyli uważasz, że jestem nieatrakcyjny? – zgadywał.
– Tego też nie miałam na myśli – wymamrotała, a panika powoli zaczynała chwytać ją za gardło.
– Więc co masz na myśli? Bo chyba się już pogubiłem – przyznał, a na jego twarzy pojawiło się wymuszone i przerysowane zagubienie.
Broda Rose zaczęła powoli dygotać, od tej całej lawiny słów, która kotłowała jej się w głowie. Usiłowała nie otwierać ust, żeby nie pozwolić tym wszystkim myślom się uwolnić, jednak jej starania spełzły na niczym.
– Twoje części ciała; masz ładne części ciała. Ale to nie znaczy, że ja tak myślę – zaczęła mówić, nienaturalnie szybkim tempem. – To znaczy nie mówię, że masz brzydkie ciało, oczywiście, że nie… jest… satysfakcjonującym przykładem tężyzny fizycznej. Tak. Bardziej niż satysfakcjonującym – jest wspaniałym okazem męskiej budowy. Ćwiczysz coś, no wiesz, poza quiddichem? Bo nigdy nie widziałam, żebyś wkładał w swój wygląd jakąś pracę, a jednak, jesteś taki stonowany i muskularny jak ci faceci w magazynach… – To było tak, jakby nagle zaczęła wymiotować słowami, potykając się o nie coraz szybciej i szybciej. Miała nadzieję, że może przez to tempo Scorpius nie zrozumie połowy z tego co mówiła, bo w żaden sposób nie była w stanie tego zatrzymać.
– Nie to, żebym ja przeglądała takie magazyny! Ale wiesz, widzi się przypadkowo różne rzeczy… Ale jeśli takowy wpadłby w moje ręce, to w ogóle bym nie była zaskoczona, gdybym cię w nim zobaczyła, bo masz takie świetne ciało i w ogóle. Nie to, żebym myślała o tobie w taki sposób. To byłoby z mojej strony bardzo niestosowne, więc oczywiście, że nie. Chodzi mi tylko o to, że fizycznie nadawałbyś się do czegoś takiego.
Brwi Scorpiusa uniosły się jeszcze wyżej.
– Oczywiście ty byś tego nie zrobił, bo planujesz rozwijać się nieco w poważniejszym kierunku, jak praca w ministerstwie na przykład, i nigdy nie zapozowałbyś dla magazynu typu „Chłopcy i ich miotły”, czy jakiegoś innego śmiecia. Nie to, żebym próbowała ograniczyć twór wybór kariery, albo coś w tym stylu! Mógłbyś zmienić zdanie, albo potrzebować zarobić szybko jakieś pieniądze i nie byłoby w tym nic złego, rzecz jasna. Ja na pewno bym to kupiła. – Och na wszystko co litościwe na tym świecie, czy ona naprawdę to powiedziała? Musiała natychmiast się zamknąć, jak tylko to naprawi. Można to jeszcze było naprawić…
– Chcę tylko powiedzieć, że jeśli kiedyś pozowałbyś do fotografii w bieliźnie, zapłaciłabym, żeby to zobaczyć. – Na kryształowe buty Merlina, to nie miało nic wspólnego z naprawianiem sytuacji! Skrzywiła się i ukryła twarz w dłoniach, błagając świat, żeby się zatrzymał i cofnął czas, aby mogła wepchnąć te wszystkie słowa z powrotem do swoich ust.
– JESTEŚ ŁADNY, TO PRÓBUJĘ POWIEDZIEĆ! – wykrzyknęła w końcu, wyrzucając dłonie w powietrze w geście frustracji. Kilka głów odwróciło się w ich stronę, ale Rose nie zwróciła na nich uwagi, nie pragnąc niczego bardziej, niż umrzeć z upokorzenia. – PANIE PROFESORZE, CZY BĘDZIE PAN ŁASKAW W KOŃCU ZACZĄĆ LEKCJĘ?! – dodała, tracąc kontrolę nad głosem. Dopiero teraz zauważyła nauczyciela przy biurku, który przyglądał się im z bardzo, bardzo zaniepokojonym, przerażonym, ale też odrobinkę rozbawionym wyrazem twarzy.
– Eee… tak. – Draco odchrząknął. – Otwórzcie proszę podręczniki na stronie sześćdziesiątej…
Rose pozwoliła swojej głowie opaść bezwładnie na ławkę. Włosy zasłoniły każdy centymetr jej twarzy, dzięki czemu mogła czerwienić się do woli, bez konieczności pokazywania się komukolwiek.  Po chwili jednak poczuła, że jakaś dłoń odgarnia kilka rudych loków. Jej oczom ukazała się twarz Scorpiusa, którą również ułożył na ławce, żeby zrównać się z nią wzrokiem. Jego srebrne oczy lśniły wesoło.
– Wiesz, jesteś naprawdę urocza, kiedy robisz się taka zażenowana – oznajmił cicho.
– Odczep się – mruknęła Rose.

Scorpius naprawdę próbował przestać się uśmiechać, ale przychodziło mu to z trudem. Właśnie miał przyjemność doświadczyć jednego z pozytywnych aspektów niezręczności społecznej Rose. Zdarzało się to rzadko, ale zdarzało, że poziom paniki i skrępowania Rose osiągał naprawdę krytyczny poziom, a wtedy zaczynała dosłownie wyrzucać z siebie słowa, mówiąc wszystko na raz w bardzo długich, skomplikowanych kombinacjach gramatyczno-stylistycznych. Pozwalało mu to poznać kawałeczek jej najskrytszych myśli i oczywiście zazwyczaj kończyło się na jakiejś przezabawnej tyradzie niedorzeczności.
Od dzisiaj ten konkretny monolog Scorpius uznawał za swojego ulubieńca. Stracił rachubę tego, ile razy nazwała go atrakcyjnym.
– Wybierasz się jutro na mecz? – zapytał szeptem.
Zerknęła na niego zdziwiona spod kurtyny włosów.
– Czy ja wyglądam na kogoś, kto byłby zainteresowany wynikiem waszego meczu?
Na to nie miał odpowiedzi. Rzeczywiście, Rose nigdy nie pokazywała się na boisku, zwłaszcza teraz. W poprzednich latach Albus i James od czasu do czasu dawali radę ją przekonać, żeby poszła wesprzeć swój Dom, ale, z tego co Scorpius wiedział, ostatnio siedziała na trybunach niemalże trzy lata temu.
– Nie – przyznał. – Ale może tym razem zrobisz wyjątek?
No dobra, ostatnio sporo trenował, był na ten mecz strasznie nakręcony i czuł, że ma szanse zatriumfować. Chciał, żeby to widziała. Był siedemnastoletnim chłopakiem. Czy to jakaś zbrodnia, mieć czasem ochotę nieco się popisać przed dziewczyną?
– Czy to znaczy, że ty chcesz, żebym poszła na mecz? – upewniła się, unosząc lekko brew, a jej ciemne oczy miały bardzo zaciekawiony wyraz.
Zawahał się na moment.
– Tak – przyznał, czując odrobinę ciepła na policzkach.
– W takim razie przyjdę – oznajmiła, nie patrząc mu w oczy, a Scorpius widział, że zaczerwieniła się jeszcze bardziej. Nie kryjąc zadowolenia zabrał rękę i pozwolił włosom Rose opaść z powrotem na twarz. Wyprostował się na krześle i usiłował słuchać wykładu ojca, który co chwila spoglądał na niego groźnie.

Kiedy nadeszła przerwa na lunch, Rose, nadal rozdygotana po przedstawieniu, które sama urządziła na eliksirach, zrezygnowała z posiłku i zaszyła się w Pokoju Wspólnym Gryfonów. Rozmyślała właśnie, czy nie warto byłoby wezwać jakiegoś skrzata, żeby przyniósł jej kanapkę z kuchni, gdy Melody wparowała do pomieszczenia przez dziurę pod portretem.
– Tu jesteś! – wykrzyczała, zobaczywszy Rose na fotelu. – Rosie, skarbie, czy ja się przesłyszałam, czy ty naprawdę na eliksirach wykrzyczałaś Scorpiusowi w twarz, że jest ładny? – zapytała z troską.
– Może – mruknęła Rose.
Melody oparła ręce na biodrach, przyglądając jej się uważnie.
– Wiem, że jest gorętszy niż piekło, ale to dość niespotykany, jak na ciebie, wybuch szczerości – oznajmiła.
– Tak, ale powiedziałam coś głupiego, dostałam ataku paniki i miałam jeden z moich słowotoków.
– Och, naprawdę? – Uśmiechnęła się wesoło, na co Rose skrzywiła się jeszcze bardziej niż do tej pory. Nie miała pojęcia, co w tym było takiego zabawnego. – Nie dąsaj się, po prostu dawno ci się to nie zdarzyło, a mi brakuje tych twoich niedorzecznych monologów – przyznała Mel. – Teraz żałuję, że nie słyszałam całości.
Dziura pod portretem ponownie się otworzyła, a do pokoju wpadła Cara, cała zdyszana i spocona, jakby ją ścigało stado hipogryfów.
– Schowajcie mnie! – pisnęła, po czym podbiegła do ogromnego gobelinu, przedstawiającego godło Gryffindoru i ukryła się za nim.
Zaskoczone, lecz zaintrygowane dziewczęta podeszły do miejsca jej kryjówki.
– Dlaczego? – spytała Rose. – Co się stało?
Wejście do pokoju trzasnęło po raz kolejny, a do środka wtargnął Harold, jeszcze bardziej zdyszany niż Cara.
– Rose, Melody! – wykrzyknął, walcząc o oddech. – Widziałyście Carę?
Dodając dwa do dwóch, Rose i Mel stanęły twarzą do przyjaciela i usiłowały być tak nonszalanckie i nieświadome tego, co się wokół nich dzieje, jak tylko się działo. Niestety, niezręczność Rose wydawała się w tym momencie być zaraźliwa, bo obie skrzyżowały ramiona na piersi w defensywnej manierze i zdecydowanie nie miały na twarzach niewinnych wyrazów. W rezultacie wyglądały jak dwójka ochroniarzy, stojących przed wejściem do zatłoczonego klubu, albo po prostu dwie dziwne dziewczyny, pilnujące zakurzonego gobelinu.
Świetnie. W ogóle nie jest to podejrzane, pomyślała Rose.
Szybko opuściła ramiona wzdłuż ciała, ale niestety Melody wpadła na ten pomysł w tym samym momencie, więc teraz już wyglądały jak dwójka żołnierzy, pilnujących zakurzonego gobelinu. Nie ma to jak z deszczu pod rynnę.
Na szczęście Harold wydawał się być zbyt zamyślony, żeby zwrócić na to uwagę.
– Przysiągłbym, że widziałem jak tu wbiega… – mamrotał pod nosem.
– Pardon? – zapytała Rose, przykładając rozłożoną dłoń do ucha, co z jakiegoś powodu wydawało się jej bardzo nonszalanckim ruchem, adekwatnym do tej rozmowy. Nawet nie wiedziała, czy była jedną z tych osób, które dużo gestykulują podczas mówienia.
– Cara – powtórzył Harold. – Widziałyście, żeby tu wchodziła?
– Cara? – spytała Melody, przekrzywiając głowę na prawą stronę. Wyglądało na to, że, na nieszczęście, podłapała od Rose pomysł z gestykulacją. – Hmm… – Pogłaskała palcami swoją nieistniejącą brodę. – Nie jestem pewna, naprawdę, nie jestem pewna... – Nagle odwróciła się w stronę Rose, z bardzo wyolbrzymionym zainteresowaniem na twarzy. – Czy widziałaś Carę, Rose?
– Czy widziałam Carę? – Weasley powtórzyła pytanie. – Nie wydaje mi się, Melody! – zawołała Rose, niespodziewanie optymistycznie. – Nie wydaje mi się.
– Cóż, jest mi niezmiernie przykro, Harold, ale sądzę, że jej tu nie ma! – Melody i Rose najwyraźniej nagle zmieniły się w dwóch pompatycznych mężczyzn w średnim wieku, albo ludzi występujących w przedstawieniu dla dzieci.
– Ale wszedłem tu za nią! – zauważył Harold, wyraźnie stresując się jeszcze mocniej.
– Och, doprawdy? – spytała Rose i przyłożyła dłoń do czoła, badając pomieszczenie wzrokiem, mimo, że dzień był bardzo pochmurny i nie było najmniejszej potrzeby osłaniania oczu przed światłem słonecznym. – Cóż, nigdzie jej tu nie widzę. Może ty ją widzisz, Melody?
Melody powtórzyła jej ruchy.
– Bynajmniej, Rose. Wygląda mi na to, że nie ma jej nigdzie w zasięgu wzroku!
– Wielka to szkoda, czyż nie? – lamentowała Rose.
– Wielka szkoda, w istocie.
Harold kompletnie nic sobie nie robił z odstawianej przez nie szopki.
– Unika mnie od wczorajszego wieczora – przyznał, wzdychając ciężko.
To podziałało na dziewczęta tak, jakby ktoś w końcu wyciągnął je z tego dziwnego transu.
– Dlaczego? – zapytała poważnie Mel. – Co zrobiłeś?
– Nie wiem – jęknął, a Rose ledwo powstrzymała się przed wytrzeszczeniem oczu. Nigdy jeszcze nie widziała przyjaciela tak rozbitego, zwłaszcza kiedy chodziło o dziewczynę. – Ale jeśli ją spotkacie, to poproście, żeby ze mną porozmawiała, dobrze? To ważne.
Powędrował z powrotem do wyjścia i przeszedł na drugą stronę z opuszczoną smętnie głową.
Cara wyłoniła się zza gobelinu.
– Dzięki, dziewczyny – powiedziała cicho. – No wiecie, że mnie nie wydałyście. Choć naprawdę nie mogę uwierzyć, że nabrał się na waszą, od siedmiu boleści, grę aktorską.
– Dlaczego się przed nim chowasz? – zapytała Rose, ignorując przytyk. – Wygląda na poważnie podłamanego.
– To głupie – wymamrotała Cara. – Nie chcę wam zawracać głowy.
Brunetka i ruda zerknęły na siebie porozumiewawczo. Chwyciły Carę za ramiona z obu stron i stanowczo poprowadziły do kanapy.
– Mów, co się dzieje – poprosiła łagodnie Melody, na co Cara początkowo odpowiedziała jedynie ciężkim westchnieniem i zamknęła oczy.
– Po prostu wczoraj miałam jakieś dziwne objawienie – przyznała w końcu. – I dotarło do mnie, że Harold to absolutnie nie jest facet dla mnie.
– Co to dokładnie ma znaczyć?
– To, że nasz związek nie ma prawa skończyć się dobrze – jęknęła. – Harold jest bardzo miły i dobrze mnie traktuje, ale przecież wiecie, jak obchodził się z dziewczynami do tej pory, a ja za bardzo się boję, że czeka mnie ten sam los.
– Cara, wydaje mi się, że Harold się zmienia pod twoim wpływem – zaryzykowała stwierdzenie Rose.
– Dajcie spokój – burknęła dziewczyna. – Naprawdę myślicie, że Harold, ten Harold, którego znamy od lat, zadowoliłby się jedną dziewczyną, przez jakiś dłuższy okres? Narcystyczny przystojny i błyskotliwy, mający w zasięgu ręki połowę dziewcząt w tej szkole, nonszalancki zły chłopiec i… i… – zawahała się, sfrustrowana.
– … I członek Bractwa Świetnych Włosów? – podsunęła Rose.
– I członek Bractwa Świetnych Włosów! – wykrzyknęła z przekonaniem, po czym uświadomiła sobie, co właściwie powiedziała. – Zaraz, co?
Rose zawsze uważała, że Harold stworzył sobie obraz człowieka, za którego chciałby uchodzić i posiadał niezwykły talent wdrukowywania tego obrazu ludziom do głów. Najwyraźniej Cara przejęła tę wizję bez prób zaprzeczenia czemukolwiek. Zdaniem Rose Harold owszem, może i był przystojny, ale daleko mu było do błyskotliwości no i nie był wcale archetypem niegrzecznego chłopca. Jednak nie chciała za bardzo mącić koleżance w głowie.
– Oczywiście, masz racje – powiedziała łagodnie. – Ale pamiętaj, że to również Harold, niedojrzały lekkoduch, który jest bardzo lojalny i zaskakująco troskliwy.
– Wiem – mruknęła. – I w tym tkwi problem.
– Cara, nie ma żadnego problemu – zaoponowała Mel. – Jesteście świetną parą, a pozwól mi proszę wtrącić, że nigdy bym się nie spodziewała, że będę kogoś zachęcać do umawiania się z Haroldem – dodała, a Rose pokiwała z zapałem głową.
– Ma rację. Zanim zaczęliście spotykać się na poważnie, nękałyśmy go przez wiele tygodni, żeby zostawił cię w spokoju, a on kompletnie nic sobie nie robił z naszych gróźb i postanowił mimo wszystko zdobyć twoje względy. Dlatego przestałyśmy narzekać i krzyczeć na niego. Zrozumiałyśmy, że musi mu na tobie naprawdę zależeć, skoro nie posłuchał nas nawet odrobinę – oznajmiła Rose. – A zawsze trochę go przerażałyśmy.
– Nie pozwól tym nieuzasadnionym obawom zepsuć związku – dodała Mel. – Zwłaszcza, że zbliża się Bal Walentynkowy i warunkiem uczestnictwa jest przyjście w parach. Nie chcesz zostać bez faceta.
Na twarzy Rose pojawił się zbolały wyraz. Zwróciła się do Melody.
– Warunkiem uczestnictwa? – jęknęła. – Czyli że trzeba przyjść w parach? To okropne!
– Tak – westchnęła Mel. – W końcu to Walentynki. Pomysł został pozytywnie przegłosowany przez nasz komitet, McGonagall się zgodziła i jutro przed śniadaniem zostanie wywieszony plakat z taką informacją. – Przygryzła wargę, jakby zastanawiała się czy powinna kontynuować. – Najbardziej ironiczne jest to, że to był mój własny pomysł, a wszystko wskazuje na to, że to ja zostanę bez partnera.
To otrzeźwiło Rose i Carę. Dopiero kiedy przyjaciółka wypowiedziała to ostatnie zdanie, Rose wyczytała z jej wyrazu twarzy, że już jakiś czas czekała, aby wyrzucić z siebie tę informację.
– Co ty pleciesz? – zapytała Longbottom. – A Albus?
– No właśnie… – zawahała się. – Wczoraj po południu, kiedy byłam z Albusem w bibliotece, z torby wypadł mi mój pamiętnik, a ja tego nie zauważyłam. A Albus trochę przeczytał. Dziś w nocy. A przed śniadaniem zrobił mi awanturę.
– Jak mógł przeczytać twój pamiętnik? – spytała zszokowana Cara.
– Twierdzi, że tylko zerknął – odparła kwaśno Mel.
– Które fragmenty? – spytała rzeczowo Rose. – Co takiego tam znalazł?
Melody zarumieniła się głęboko.
– Pamiętacie, jak kochałam się w Jamesie?
Rose westchnęła ciężko, bo właśnie tego się spodziewała. Każda dziewczyna w tej szkole, która nie była z nim spokrewniona, kochała się w Jamesie. Odkąd pojawił się w Hogwarcie, otaczał się gronem wielbicielek i Rose zawsze podejrzewała, że Melody tylko i wyłącznie dlatego miała taką obsesje na punkcie starszego Pottera. Musiało to mieć związek z psychologią tłumów, czy czymś podobnym. Kilka dziewcząt zaczęło chichotać na jego widok, więc i cała reszta podświadomie uznała, że właśnie to należało robić. Tylko takie wyjaśnienie przychodziło jej do głowy, bo nie potrafiła zrozumieć co innego Melody mogłaby widzieć w jej głupkowatym kuzynie. Mimo wszystko, wiernie strzegła jej sekretu, nie martwiąc się tym zbytnio, pewna, że przyjaciółce w końcu przejdzie
W każdym razie, wszelkie objawy tej fascynacji dobiegły końca w wakacje po czwartej klasie, gdy Melody była świadkiem, jak James brał udział w błotnej bitwie, ze swoimi kumplami i rzucił mimochodem ile błota udało mu się przypadkowo zjeść. Jak widać niektóre sytuacje sprawiają, że zaczynamy widzieć kogoś w zupełnie innym świetle.
– I to go tak zdenerwowało? – oburzyła się. – Na Merlina, Mel, przecież to było lata temu!
– Wiem! – jęknęła brunetka. – Ale Albusa bardzo to zabolało, bo przecież wszyscy „zawsze woleli Jamesa” – wyjaśniła, kreśląc cudzysłów w powietrzu.
– Al był w ciebie wpatrzony od zawsze – przyznała Cara. – Nic dziwnego, że jest mu przykro, skoro cały ten czas lubiłaś Jamesa.
– Była tylko głupim dzieckiem! – stwierdziła Rose. – A teraz przecież jest z Alem i nigdy nawet nie wspomina o Jamesie. Nie ma powodu do histerii.
– Ale on stwierdził, że gdybym teraz mogła pomiędzy nimi wybierać, to wybrałabym Jamesa.
– A powiedziałaś mu, że się myli? – Rose uniosła brwi.
– Tak, ale mi nie uwierzył i powiedział, że… że potrzebuje czasu – powiedziała Mel, a głos zadrżał jej nieco.
Rose westchnęła i objęła ją ramieniem.
– I dlatego związki są głupie – podsumowała, na co dziewczęta zgromiły ją spojrzeniem. – Och dajcie spokój. A Albus na pewno pójdzie po rozum do głowy – spróbowała dodać pocieszająco.

***

– Spóźniłaś się – oznajmiła Melody, gdy Rose zajęła miejsce obok niej na trybunach Gryffindoru. – I co ty tu właściwie robisz? Legenda głosi, że nie widziano cię na boisku, od czasów, gdy dinozaury żyły w pokoju z ludźmi, służąc jako zwierzęta domowe.
– Pomyślałam, że wypada pokazać lojalność wobec domu – wydyszała. Mecz zaczął się pół godziny temu, a ona w tym czasie zmieniła zdanie co do pojawienia się jakieś siedemnaście razy. – W końcu to nasz ostatni rok w Hogwarcie. A ludzi i dinozaury dzieli jakieś dwieście trzydzieści milionów lat.
Ten fragment z lojalnością wobec Gryffindoru nie był do końca prawdą. Mimo że ona sama była Gryfonką, a w drużynie miała brata, kuzyna, kuzynkę i koleżankę, z którą dzieliła dormitorium, z jakiegoś powodu jej serce rwało się do krzyczenia na całe gardło „Do boju, Slytherin!”. Być może miało to jakiś związek z pewnym blondynem, który właśnie okrążał stadion, z drapieżnym wyrazem na twarzy.
Co prawda Rose widziała go w wielu sytuacjach, włączając te, w których nie miał na sobie ubrania, ale w tym momencie była gotowa stwierdzić, że nigdy nie wyglądał tak cudownie. Unosił się w powietrzu, a całe jego ciało było napięte w gotowości. Oczy mu błyszczały, pełne determinacji, a wiatr czochrał włosy. Wystarczyło jedno spojrzenie, żeby Rose zdała sobie sprawę, jakie to dla niego ważne. I w tym momencie uświadomiła sobie, że owszem, chce, żeby Slytherin wygrał, żeby Scorpius wygrał.
Była naprawdę beznadziejną Gryfonką.
Blondyn uniósł głowę i zaczął przeszukiwać wzrokiem czerwono-złote trybuny. Frustracja malująca się na jego twarzy podpowiedziała Rose, że być może nie robił tego dziś po raz pierwszy. Kierowana impulsem, wspięła się na palce i pomachała mu energicznie, ale on już ją zauważył.
Natychmiast się rozpromienił i odmachał jej szybko, po czym ponownie skupił się na grze.
– Jaki wynik? – spytała Rose Melody.
– Remis, po sto dziesięć.
Przez następne dwadzieścia minut Hugo wbił Ślizgonom dwa kolejne gole. Cara tymczasem twardo broniła pętli Gryfonów, nie pozwalając przeciwnej drużynie odrobić straty.
Mogło mieć to też związek z tym, że dwóch ścigających Slytherinu opuściło boisko, aby zająć się swoimi kontuzjami. Wszystko wskazywało na to, że, jak tak dalej pójdzie, Lily i jej mordercza pałka wyeliminują z gry całą drużynę Domu Węża.
– Znicz! – wykrzyknęła Rose, zerkając na Melody i Harolda, sprawdzając czy też to zauważyli.
– Co? Gdzie? – spytał brunet.
– Tam, przy trybunie Krukonów! – powiedziała, podekscytowana.
– O Merlinie, masz racje! – szepnęła Melody.
– PANIE I PANOWIE, MALFOY ZOBACZYŁ ZNICZA! – rozległ się głos komentatora.
Albus również pędził w tamtym kierunku, z paniką w oczach, podczas gdy Scorpius już nurkował, z wyciągniętą dłonią i wyrazem triumfu na twarzy.
Sekundę później było po wszystkim.
Rose starała się powstrzymać okrzyk radości, żeby wszyscy wokół nie dowiedzieli się, jakim jest paskudnym zdrajcą. Jedynie Harold zauważył jej euforyczny uśmiech.
Gdy próbowali się przepchnąć przez tłum, żeby pogratulować Scorpiusowi, Rose minęła się z profesorem Malfoyem, idącym w przeciwnym kierunku. Najwyraźniej udało mu się zejść na boisko jako jednemu z pierwszych i już zdążył poklepać syna po plecach.
– Wygląda na to, że jednak geny były dla niego łaskawe, prawda, panie profesorze? – rzuciła. Draco już otwierał usta, żeby odpowiedzieć, gdy Rose została odciągnięta na bok.
– Możemy porozmawiać? – zapytał Daniel Dufrage, uśmiechając się do niej ciepło.
– Eee… – Rose zerknęła w stronę wiwatujących Ślizgonów. Jasna czupryna zachęcająco mignęła jej w tłumie. – Czy to nie może poczekać?
– Obawiam się, że nie, Rosie – powiedział. – Boję się, że ktoś może mnie wyprzedzić.
Westchnęła ciężko i pozwoliła wyciągnąć się z boiska. Przecież Scorpius nie ucieknie…
– Co? – rzuciła, niezbyt uprzejmie. Daniel przełknął ślinę.
– Poszłabyś ze mną na ten Bal Walentynkowy?
Rose uniosła brwi.
– Emm…
Może ją i Scorpiusa nic nie łączyło, ale mimo wszystko spodziewała się zaproszenia z jego strony. Żadne z nich nie miało zbyt wielu innych znajomych, z którymi utrzymywali by bliższe kontakty i dla wszystkich wydawało by się oczywiste, że wybiorą się na ten bal razem, skoro pary były obowiązkowe, a pozostali przyjaciele z ich paczki byli w związkach. Choć może sytuacja wyglądała nieco inaczej, gdy Albus i Mel robili sobie „przerwę”, ale przecież Malfoy nie poszedłby na bal z Alem. Poczułaby się, jakby łamała jakąś niepisaną umowę między nimi, gdyby przyjęła zaproszenie Krukona, nie wspominając już o tym, że nie tak dawno Scorpius dał mu w twarz.
– Bardzo mi miło, że mnie zapraszasz – zaczęła – ale niestety, miałam… inne plany.
– Tego się spodziewałem. – Westchnął. – Posłuchaj Rose. Nie odbierz tego źle, ale… plotki szybko się rozchodzą. Wiem, że kiedy cię pocałowałem w Sylwestra, Scorpius sprzedał Albusowi nieco fałszywe  wytłumaczenie, dlaczego mnie uderzył, Dotarły mnie słuchy, że obraziłem jego ojca, czy coś.
Rose się skrzywiła. Albus musiał opowiedzieć Melody, a ona oczywiście nie potrafiła zachować niczego dla siebie. Ostatecznie, skoro już uzgodnili taką wersję, podejrzane by było, gdyby nagle przyznali, że Daniel ją pocałował i za to dostał w twarz.
– Byłem na tyle wspaniałomyślny, że nie zaprzeczałem tym plotkom. Nie wiem, co takiego dzieje się między tobą i tym stukniętym albinosem, ale najwyraźniej macie coś do ukrycia. Rozumiem to, i nie mówię nikomu prawdy. Kiwam głową, robiąc z siebie jakiegoś uprzedzonego kretyna, zamiast opowiadać ludziom, że tylko cię pocałowałem, a Malfoyowi odbiło. Ale mogę przestać to robić.
Dziewczyna uniosła brwi i powstrzymała irracjonalną chęć ponownego złamania mu nosa.
– Czy ty właśnie mnie zaszantażowałeś, żebym się z tobą umówiła?
Daniel podrapał się po głowie i zerknął na nią ze skruchą.
– Właśnie tak nie chciałem, żebyś to odebrała.
– A jak niby miałabym… – zaczęła oburzona Rose.
– Posłuchaj – przerwał jej. – Ja chcę tylko, żebyś dala mi szansę, dobrze? Chcę mieć nieco więcej czasu, żeby pokazać ci, że jestem całkiem fajnym facetem. Bardzo cię lubię i nie jest moim celem, żeby wchodzić w drogę waszym sekretom. Nie jestem z tego dumny, ale postanowiłem posunąć się do postawienia ci takiego warunku, bo widzę w tym swoją szansę. Cel uświęca środki.
Rose zastanowiła się nad tym przez chwilę. Ustalili wspólnie, że nie powiedzą nikomu, co zaszło w Sylwestra. Scorpius na pewno nie chciał, żeby wyszło na jaw, jak potrafi stracić nad sobą panowanie z powodu takiej drobnostki, a obrażanie jego rodziny z pewnością było już bardziej zrozumiałym powodem agresji. Rose nie chciała, żeby ich przyjaciele pomyśleli, że coś ich łączy, ale Scorpius z pewnością również tego nie chciał. To nie był tylko jej sekret. Z pewnością mogła zdobyć się na tak niewielkie poświecenie, jak pójście na Bal z Danielem.
– Dobrze – warknęła. – Pójdę z tobą na ten durny Bal.

***

Wieść dotarła do Scorpiusa dopiero następnego dnia, dzięki Mirandzie. Siedzieli właśnie w Bibliotece, gdy przekazała mu tę cenną informacje.
– Cholerny Żabojad – warknął, kiedy już przestał na chybił trafił wyrzucać z siebie przekleństwa i widzieć świat na czerwono. Brunetka tylko przewróciła oczami. – Jak ona mogła się na to zgodzić?
– Czemu nie zaprosiłeś jej pierwszy?
– Chciałem to zrobić po meczu, ale ona gdzieś zniknęła – westchnął. – Nie przyszło mi do głowy, że ktoś może mnie wyprzedzić tak szybko.
Ktoś usiadł obok niego. Odwrócił wzrok w tamtą stronę i uniósł brwi z zaskoczeniem, widząc tam Albusa.
– Minął dopiero jeden dzień – zauważył, podczas gdy jego przyjaciel wyjątkowo agresywnie otworzył podręcznik do obrony przed czarną magią.
– Wiem, stary – powiedział Potter. – Ale musimy złamać zasady, bo to pilne. Mam do ciebie prośbę.
– Jaką?
– Musisz zabrać Melody na ten cholerny Bal.
Scorpius bardzo się cieszył, że akurat niczego nie spożywał, bo z pewnością by się zakrztusił.
– Mam zabrać na Bal twoją dziewczynę?
Albus streścił mu krótko sytuacje pamiętnikową.
– Jesteś nienormalny – oznajmił Scorpius. – I dlaczego niby chcesz, żeby poszła tam ze mną?
– Przecież ja dostanę pierdolca, jeśli Melody pójdzie tam z kimś innym! – wykrzyknął. – A o ciebie będę spokojny.
– Nie klnij przy damie – poprosiła Miranda.
Albus już otwierał usta, żeby przeprosić, gdy Scorpius zaczął rozglądać się demonstracyjnie, a następnie zajrzał pod stół.
– Czego szukasz? – zapytała dziewczyna.
– Damy – wyjaśnił poważnie, wzruszając ramionami, za co zarobił cios w potylice. – Tak czy siak – zaczął, jak gdyby nigdy nic. – Wiesz, że jeśli ją zaproszę, to ona przejrzy nas na wylot, prawda?
– Tak – przyznał Potter.
– Ale i tak się zgodzi – dodała Miranda. – Założę się, że zżera ją poczucie winy. A ty możesz iść na bal ze mną – zaproponowała.
– Tak właściwie, to świetny pomysł – zapalił się Albus. – A nuż będzie zazdrosna i zobaczy jak to jest.
– Po pierwsze, nie wiedziałem, że masz dwanaście lat – powiedział kwaśno Scorpius. – A po drugie, Mel na pewno wie, że Miranda znacznie bardziej interesowałaby się nią, niż tobą.
– Mogę poudawać, że się nawróciłam – stwierdziła pogodnie dziewczyna. – Albo że gram dla obu drużyn, jeśli wiecie co mam na myśli.

______________________________

Nie wiem, co mi ostatnio dolega, że nie potrafię napisać rozdziału krótko i treściwie :P I pomyśleć, ze w pierwszych postach ledwo umiałam dociągnąć do pięciu stron. No cóż, pracuję nad tym.
Ten konkretny bardzo przyjemnie mi się pisało. Może poza meczem, jakoś tak niezręcznie.
Jak widzicie czeka nas jeszcze jedna duża impreza i kończymy to niekończące się pasmo. Bardzo nie chciałam wpadać w kliszę wiecznie imprezujących nastolatków, a tu proszę, jak mi się zbiegły :D Ale niedługo to kończymy, a następna będzie wyjątkowa, bo rozdział będzie ważny, oj ważny.
Rozdział z dedykacją dla Vivianne Peverell :)
Zachęcam was serdecznie do komentowania ;*
PS. Szablonu niestety nadal nie mam więc informacja z poprzedniej notki przechodzi na tą ^^