piątek, 15 września 2017

[30]"To nie czas na takie bzdury, ty ruda wariatko!"

– Mel! – krzyknęła Rose, gnając za przyjaciółką. – Mel zaczekaj!
Brunetka zatrzymała się dopiero na błoniach. Weasley nie pamiętała, kiedy ostatnio przebiegła taki dystans, bez zatrzymywania się.
– Co? – warknęła Melody, odwracając się gwałtownie. – Co masz do powiedzenia?
– Przepraszam – sapnęła ruda, pochylając się, opierając dłonie na kolanach i walcząc o oddech.
– A za co przepraszasz, Rose? – zakpiła. – Jakoś nie wydaje mi się, żebyś czegokolwiek żałowała. Czy gdybyś mogła cofnąć czas, postąpiłabyś inaczej?
Rose milczała. Nie bardzo wiedziała, czy może udzielić prawidłowej odpowiedzi.
– Nie – odpowiedziała sama sobie Melody. – Zachowałabyś się dokładnie tak samo, bo taka już jesteś. A ja, przez te wszystkie lata, naprawdę starałam się być dobrą przyjaciółką. Tolerowałam wiele, ale tego już chyba nie potrafię. Rose, po czymś takim, jedyne, co człowiekowi przychodzi do głowy, to myśl, że ty wcale nie potrzebujesz przyjaciół – wyjaśniła smutno. – Myślę, że powinnam się poddać. Zawsze wydawało mi się, że jestem jedną z niewielu osób, które potrafią do ciebie dotrzeć. Ale najwyraźniej się pomyliłam.
– Nieprawda! – wtrąciła Rose. – Oczywiście, że potrafisz, Mel. I oczywiście, że potrzebuję przyjaciół. Potrzebuję ciebie.
– Zatem zapytam jeszcze raz: za co przepraszasz? – warknęła Melody. – Może za to, że okłamywałaś mnie całymi miesiącami?
– Ani razu cię nie okłamałam – zaprotestowała Rose. – No, może raz, jak zapytałaś, czemu wróciłam późno, a ja potwierdziłam, że siedziałam na Wieży Astronomicznej. Ale oprócz tego, zawsze po prostu unikałam odpowiedzi, a ty twierdziłaś, że kiedy będę gotowa…
– Bo nie wiedziałam o co chodzi! – wybuchła Mel. – Nie wiedziałam, że tym tajemniczym facetem jest nasz przyjaciel! Nie wiedziałam, że jesteś zakochana! Myślałam, że po prostu z kimś kręcisz i nie masz ochoty o tym rozmawiać, a tymczasem działo się coś, co było dla ciebie ważne!
– Ja też nie wiedziałam, że jestem zakochana – jęknęła Rose, nie mając niczego innego, do zbudowania jakiejś linii obrony. – Nie wiedziałam do wczoraj.
– Ale działo się coś istotnego, a ty nie miałaś potrzeby mnie w to wtajemniczyć – wyjaśniła ponuro Mel. – A to oznacza, że ja wcale nie jestem dla ciebie ważna, skoro nie chciałaś, żebym wiedziała. Podświadomie sądzisz, że nie masz we mnie oparcia. A mogłabym ci pomóc – dodała. – Jakiekolwiek dylematy miałaś w ciągu ostatnich miesięcy, a znając ciebie, było ich sporo, to ja zrobiłabym wszystko, żeby ci pomóc.
– Wiem, Mel, ja…
– A do tego wyszłam na kretynkę! – warknęła wściekle, a Rose odczuła ucisk paniki w żołądku, gdy zobaczyła, że przyjaciółka ma łzy w oczach. Z przerażeniem stwierdziła również, że ona sama również czuje, iż zbiera jej się na płacz. – Każdy wiedział, nawet Harold się domyślił! Harold, który w piątej klasie usiłował uwarzyć eliksir z pomocą mugolskiej książki kucharskiej i nawet się nie zorientował! Ba, nie tylko wyszłam na kretynkę – to ty tę kretynkę ze mnie zrobiłaś.
– Przepraszam, Melody, ja po prostu nie chciałam, żeby cokolwiek z tego dotarło do Albusa – jęknęła Rose bezradnie.
– Och, więc nie dość, że ci na mnie nie zależy, to jeszcze mi nie ufasz – oznajmiła Mel, przewracając oczami. – Po prostu świetnie.
– To nie był brak zaufania, tylko troska – zaoponowała Weasley. – Nie chciałam kłaść na twoje barki takiego sekretu.
– Jakoś bym sobie z tym poradziła.
Na kilka minut zapadła krępująca cisza.
– No to co teraz z nami będzie? – zapytała niepewnie Rose. – Chyba nie będziesz się wściekać bez końca, co? A odpowiedź na twoje pytanie brzmi: tak, gdybym mogła cofnąć czas, postąpiłabym inaczej. Naprawdę mi przykro.
Wyraz twarzy Melody nieco złagodniał.
– Nie wiem ile czasu będę się wściekać – westchnęła. – Może pięć godzin, a może pięć lat. Zobaczymy.

***

Życie płynęło dalej.
Od czasu, gdy związek Rose i Scorpiusa został w widowiskowy sposób upubliczniony, minął tydzień. Upłynął im on w tak podejrzanie szczęśliwej i beztroskiej atmosferze, że słusznie nazwali to „ciszą przed burzą”.
Wtedy właśnie zaczęły przychodzić wyjce.
Rose była zbyt wielkim tchórzem, żeby napisać ojcu o posiadaniu chłopaka, nie wspominając już o zdradzaniu jego nazwiska. Dowiedziawszy się o tym, Harold zapytał, jak pijana była Tiara Przydziału, kiedy umieściła ją w Gryffindorze.
Tak czy siak, dziewczyna pozostawiła tę przyjemność swojemu bratu, który chętnie na to przystał.
Scorpius, Rose i Albus akurat jedli razem śniadanie, kiedy, podczas porannej poczty, rodzinna sowa upuściła przed Rose czerwona kopertę. Natychmiast zaczęła się lekko dymić. Weasley szybko zgarnęła ją ze stołu i pognała w stronę drzwi, aczkolwiek nie zdążyła opuścić pomieszczenia na czas.
Wściekły głos Rona rozległ się w całej Wielkiej Sali.
– …MALFOY? POWAŻNIE?! MALFOY?! WIEDZIAŁEM, ŻE TEN CHŁOPAK COŚ KNUJE! JAK TYLKO DOSTANĘ TEGO MAŁEGO, PODSTĘPNEGO GADA W SWOJE RĘCE, WYCISNĘ Z NIEGO CHOLERNĄ MAGIĘ! Co? Nie, Hermiono, nic nie robię… To tylko wiadomość do Ministerstwa…
Na moment zapadła cisza. Kilkoro uczniów jeszcze jakiś czas wpatrywało się w czerwoną jak burak Rose, po czym wróciło do swoich posiłków. Szeptali pomiędzy sobą i posyłali jej współczujące spojrzenia, kiedy wracała na swoje miejsce przy stole.
Albus wpatrywał się w przerażone twarze przyjaciela i kuzynki, wyglądając przy tym na bardzo zadowolonego z siebie.
– Wujek Ron cię zabije – oznajmił Malfoywi.
– Nieprawda – mruknął Scorpius, wpatrując się tępo w talerz.
– Och, jasne, że nie – powiedział Albus, z uśmiechem odwracając głowę. – Najpierw będzie cię trochę torturował.
– Zamknij się, Albus – odparła Rose, bez przekonania.
– Zasłużyliście sobie, za trzymanie przede mną sekretów – zawyrokował Potter. – W każdym razie, miejcie nadzieję, że ciotka Hermiona również będzie na peronie, kiedy będziemy wracać ze szkoły i jakoś zapanuje nad swoim mężem.
List od samej Hermiony dotarł już następnego dnia i nieco przybliżał okoliczności tego, jak Ronald dowiedział się, z kim umawia się jego córka.

Kochana Rosie!
Bardzo przepraszam Cię, za tego wyjca – wyszłam z pokoju tylko na kilka minut.
W ogóle nie przejmuj się Twoim ojcem, porozmawiam z nim i wiem, że jak już ochłonie, zacznie się zachowywać nieco bardziej rozsądnie. Czas najwyższy, żeby przestał być dużym dzieckiem i skończył żyć przeszłością.
Mam nadzieję, Rosie, że ani przez chwile nie zwątpiłaś w to, że zależy nam wyłącznie na Twoim szczęściu. Nie pozwolę, żeby jakiekolwiek uprzedzenia zaćmiły osąd mój lub taty. Ufam Twoim decyzjom i skoro Ty twierdzisz, że Scorpius jest chłopcem, z którym chcesz się umawiać, musi to oznaczać, że jest on dobrym, grzecznym i dobrze wychowanym, młodzieńcem.
Bardzo Cię proszę, żebyś dołożyła starań, aby Scorpius nie wziął sobie do serca tych przykrych wrzasków Twojego ojca. Nie chciałabym, żeby odniósł wrażenie, że wywodzisz się z rodziny, w której szaleństwo i obelgi są na porządku dziennym.
Uznałam również, że powinnaś o czymś wiedzieć – owego wyjca Twój tata nadał ze szpitalnego łóżka w Świętym Mungu. Nic mu nie jest, nie martw się!
Tak się złożyło, że kiedy Ronald odczytał list od Hugona, był akurat w pracy (pozwól mi tylko wtrącić, że fakt, iż nie przekazałaś nam takich informacji samodzielnie, jest bardzo nieelegancki).
Kierowany ślepą furią przebiegł przez biuro aurorów z taką prędkością, jakby ścigało go stado hipogryfów. Harry – Twój kochany wujek Harry – usiłował powstrzymać go, przynajmniej do czasu, gdy myśli Ronalda dogonią czyny (jak wiesz, temperament Twojego ojca nie jest dla nikogo tajemnicą), więc posłał w jego stronę oszałamiacza, licząc, że go spowolni. Zamiast tego, Twój tata upadł.
Prosto na ścianę, od której się odbił.
Co wytrąciło go z równowagi.
Co sprawiło, że potknął się o karton z kartotekami.
Który, jak to się akurat złożyło, stał w drzwiach.
Które są umiejscowione u szczytu schodów.
Krótko mówiąc, całe Biuro Aurorów widziało jak Ronald Weasley, zastępca szefa biura i osławiony bohater wojenny, stacza się ze schodów, wywrzaskując pod nosem „Cholerne śmierciożercze nasienie!”. Zaraz po wyjątkowo soczystym przekleństwie usłyszeli również głośny wrzask (który, według świadków, mógłby zostać wzięty za kobiecy, gdyby wcześniej wszyscy nie widzieli Ronalda wypadającego z biura), oraz chrupnięcie.
Twój ociec został przetransportowany do Munga ze złamaną nogą, trzema pękniętymi żebrami i paskudnym guzem na głowie. Wyliże się.
Oczywiście, kochanie, absolutnie nie obwiniam Ciebie o ten wypadek. Winny jest tu tylko i wyłącznie temperament ojca. Gdyby na moment się zatrzymał i pomyślał, żadna z tych rzeczy by się nie wydarzyła.
W każdym razie, kiedy już dotarłam do szpitala, Twój ojciec nadal miotał się jak dziki po swojej sali, wyrzucając z siebie jakieś niezrozumiałe krzyki, których jedynym stałym elementem było zdanie „ZE WSZYSTKICH LUDZI NA ŚWIECIE!”.
Kiedy udałam się do toalety, był właśnie w trakcie nadawania wyjca, którego nie zdążyłam mu w porę odebrać.
Tak czy siak Rosie, wiedz, że oboje naprawdę się cieszymy (niektórzy z nas w głębi duszy), że jesteś szczęśliwa.
Pozdrów od nas wszystkich i przekaż proszę Scorpiusowi, że zaraz po zakończeniu roku szkolnego, jest zaproszony na kolację.
Kocham cię,
Mama

– Cudownie – mruknęła Rose pod nosem, odsuwając od siebie talerz z jajecznicą. Nagle straciła apetyt. – Posłałam ojca do szpitala.
– Ha! – wykrzyknął Hugo, celując w nią widelcem. – Mówiłem, że będzie miał zawał.
– Nie miał zawału. – Dziewczyna przewróciła oczami. – Spadł ze schodów.
Mimo wszystko, największe zaskoczenie przeżyli przy ostatniej kontrowersyjnej przesyłce, a mianowicie wyjcu od Dracona Malfoya.
Scorpius był w takim szoku, widząc czerwoną kopertę zaadresowaną do siebie, że nawet nie przeszło mu przez myśl, by spróbować z nią uciec. Po prostu wpatrywał się w nią i pozwolił, żeby eksplodowała mu w rękach.
– …SCORPIUS! JAK MOGŁEŚ ZATAIĆ TO PRZED SWOIM OJCEM?! MASZ W OGÓLE POJĘCIE W CO SIĘ WPAKOWAŁEŚ?! WEASLEY MA NIE PO KOLEI W GŁOWIE I NAWET NIE MAM NA MYŚLI ROSE! BŁAGAM, POWIEDZ, ŻE UŻYWASZ ZAKLĘCIA ANTYKONCEPCYJNEGO – CI LUDZIE MNOŻĄ SIĘ JAK KRÓLIKI!
Albus starał się uspokoić zarumienionego ze wstydu i złości Scorpiusa, podczas gdy Rose zerknęła na stół nauczycielski. Draco siedział tam, bardzo z siebie dumny, próbując powstrzymać się od śmiechu. Rose zmarszczyła brwi. Jakby nie dość niedorzeczny był fakt, że ganił Scorpiusa za coś, co, jak dał do zrozumienia, popierał, to jeszcze uznał za konieczne wysłać do syna wyjca, mimo że siedział jedynie kilkanaście metrów od niego.
Nawet pozostali uczniowie Hogwartu bardziej skupili się na nauczycielu niż na nieszczęsnej parze.
Rose i Scorpius dopadli Draco w lochach, zaraz po śniadaniu.
– Nie wierzę, że pan to zrobił – oznajmiła Rose, nie wiedząc czy powinna być rozbawiona, czy wściekła. – I tak nikogo pan nie nabierze, że mnie nie lubi.
– Poza tym, sam mówiłeś… – zaczął Scorpius, ale Draco uniósł dłoń.
– Nie mogłem być gorszy! Musiałem coś zrobić, po tym jak Weasley wysłał tego widowiskowego wyjca. Mam wizerunek, na który pracowałem i który chcę zachować!
– O Merlinie – powiedziała Rose, nie mogąc objąć rozumem tego idiotyzmu. Scorpius zaniemówił z wściekłości.
– Trzeba się troszczyć o reputację. – Draco wzruszył bezradnie ramionami. – Jeszcze ludzie zaczęliby mawiać, że jestem łagodny lub sympatyczny.
– A to coś złego?
– Reputacja to reputacja – podsumował filofocznie Draco. – Trzeba ją utrzymywać. Nieważne czy jest zła czy dobra, ważne że jest jakaś.
Rose, która nigdy w życiu nie słyszała większego idiotyzmu, przewróciła oczami i odwróciła się na pięcie, pozwalając Scorpiusowi rozprawić się z ojcem samotnie.

***

Tygodnie mijały, a owutemy nadchodziły wielkimi krokami. W tym okresie nawet Harolda od czasu do czasu widywano nad książkami.
Rose coraz boleśniej odczuwała brak Melody. Przed ostatnie kilka tygodni zdążyła zapomnieć, jak brzmi głos jej przyjaciółki. Starała się nie narzekać, tłumacząc sobie, że jeśli ostentacyjne ignorowanie, wychodzenie z pokoju zanim Rose się obudzi i siadanie jak najdalej od niej podczas lekcji i posiłków jest tym, co pomoże Melody się wyżyć, to ona jej na to pozwoli. Była gotowa przyznać, że na wszystko sobie zasłużyła i postanowiła cierpliwie czekać, aż Mel uzna, że nadszedł czas przebaczenia.
Wiedziała jednak, że żaden człowiek na ziemi nie potrafił zmotywować jej do nauki lepiej niż Melody. Choć określenie „zmotywować” nie było tu najwłaściwsze – Mel po prostu zazwyczaj nakazywała jej siedzieć na tyłku i powtarzać materiał, a Rose, dla świętego spokoju, czasem jej słuchała. Nigdy nie sądziła, że będzie jej tego brakowało. Że też musiała ją tak zdenerwować akurat przed owutemami.
A siedzenie w bibliotece i czytanie o właściwościach much siatkoskrzydłych, podczas gdy pogoda była tak przyjemna, a Scorpius tak przystojny, wcale nie było łatwe.
Malfoy również nie miał łatwego zadania – prawdopodobnie pracował najciężej z nich wszystkich, ponieważ planował zaliczyć owutema, do którego, w przeciwieństwie do pozostałych przedmiotów, nie przygotowywał się przez ostatnich kilka lat, a jedynie kilka miesięcy.
Czasem udało im się jednak skraść jakieś leniwe, słoneczne popołudnie i spędzić je leżąc w trafie nad jeziorem, rozkoszując się promieniami wiosennego słońca na twarzy. Niekiedy spędzali je tylko we dwójkę, ale częściej zbierali się tam prawie całą paczką. Zazwyczaj rozkładali wokół siebie podręczniki, by móc powiedzieć, że to też się liczy jako nauka i nie mieć zbyt dużych wyrzutów sumienia.
– Przyprawiacie mnie o mdłości – oznajmił Albus, podczas jednego z takich spotkań.
Zebrali się tego dnia bardzo blisko wody, na tyle blisko, że Rose zrzuciła buty i zanurzyła nogi w jeziorze. Siedziała z zamkniętymi oczami, opierając plecy o klatkę piersiową obejmującego ją Scorpiusa.
– Przecież nic nie robimy – odparował blondyn, nawijając rudy lok swojej dziewczyny na palec. – Jakoś my nie narzekaliśmy, gdy ty i Melody obściskiwaliście się na każdym kroku. Przepraszam – dodał szybko, gdy poczuł, że Rose spina się lekko w jego ramionach.
– Daj spokój – odparła, siląc się na nonszalancki ton. – Przecież nie przestaniecie wymawiać przy mnie jej imienia, jakby była Voldemortem. Już wystarczy, że Albus co chwile rozgląda się nerwowo, sprawdzając czy aby Mel go ze mną nie zobaczy.
– Jesteś niesprawiedliwa – pożalił się Albus. – Przecież to nie tak, że Melody zabroniła mi z tobą przebywać, ani na odwrót. To tylko kwestia mojego dobrego serca, że dbam, aby żadna z was nie widziała mnie w towarzystwie tej drugiej. Nie chcę sprawiać wrażenia, jakbym wybierał strony.
– Tak, tak, twoja wspaniałomyślność nie zna granic – wtrącił ironicznie Scorpius. – Oczywiście mógłbyś porozmawiać z Melody i przekonać ją, żeby zmiękła, ale nie będziemy od ciebie tego wymagać, bo zdajemy sobie sprawę, jak ciężko jest wydobyć głos, gdy pantofel przyciska cię do ziemi.
– Nie jestem pod pantoflem – oburzył się Albus. – To ty traktujesz Rose, jakby była koronowaną głową.
– Jest różnica pomiędzy Kochającym Chłopakiem Idealnym, a Chłopakiem Zniewolonym – wtrąciła Rose.
– I jak tu nie mieć mdłości? – zapytał Al, uśmiechając się lekko. – Czasem żałuję, że Scorpius wiedział co robi, kiedy się do ciebie przystawiał. Gdyby po prostu wyznał ci miłość, a ty byś zwiała, nie musiałbym się teraz z tym użerać.
– Czasem o tym myślałem – przyznał Scorpius, a Rose poczuła jak jego uścisk wzmacnia się zaborczo.
– I co byś zrobił, gdybym cię spławiła? – zapytała z uśmiechem.
– Zostałbym pustelnikiem, zamieszkał w jakiejś jaskini i żywiłbym się robakami. Po jakimś czasie, niedożywienie i upały sprawiłyby, że postradałbym zmysły i zmieniłbym się w totalnego szaleńca. Po wielu latach jedynie lokalni chłopi wspominaliby mnie, jako „Tego biednego, chorego staruszka”, który kradł robaki z ich pól.
Albus parsknął śmiechem, a Rose poczuła, że klatka piersiowa Scorpiusa również się trzęsie.
– Taka ucieczka przed upokorzeniem jest bardziej w moim stylu – oznajmiła. – Harold, czy ty nas w ogóle słuchasz? – zwróciła się do bruneta, który leżał w trawie obok Albusa.
Harold bywał ostatnio nieco milczący i marudny, bo wciąż nie układało mu się z Carą. Mimo tych nieprzyjemnych nastrojów, Rose nie potrafiła się na niego gniewać. Po tym jak pokłóciła się z Melody, Harold stanowczo opowiedział się po stronie Weasley, choć powtarzała mu, że nie jest to konieczne. Ciężko jej było nie obdarzyć go jeszcze większą sympatią, po takiej demonstracji lojalności.
Chłopak w ogóle nie zareagował na jej słowa, zamiast tego wyciągając paczkę papierosów z kieszeni, wsadzając sobie jednego do ust i odpalając. Następnie zaciągnął się długo i głęboko, po czym zaczął wpatrywać się z uwielbieniem z papierosa.
– Nikotyno, ciemna matko, jak dobrze jest móc znów possać z twej piersi – powiedział cicho.
– Nie wiedzieliśmy, że znów rzucałeś – odezwał się Scorpius. – Wybacz, łatwo się pogubić. Ile tym razem udało ci się wytrzymać?
– Trzy godziny – oznajmił Harold, wyraźnie zadowolony z osiągnięcia.
– W takim razie nic dziwnego, że nikt się nie zorientował – zauważyła Rose. Spojrzała na przyjaciela z troską. Wydawało się, że coraz mniej rzeczy sprawia mu przyjemność. Niedługo zostaną tylko papierosy. – Harold, może moglibyśmy ci jakoś pomóc w tej sytuacji z Carą?
– Rosie, z całym szacunkiem, ale jeśli kiedykolwiek zwrócę się o porady towarzyskie do ciebie, to będzie oznaczało, że jestem naprawdę zdesperowany – powiedział Harold, ale w końcu się lekko uśmiechnął.
– Zdziwiłbyś się, w jak podobnej sytuacji jesteście – wtrącił Scorpius. – Rose też nie chciała… zdefiniować związku, ale w końcu jakoś sobie z tym poradziliśmy. Tyle że Rose miała trochę łatwiej, bo musiała dogadać się ze mną, a ja, w przeciwieństwie do Cary, nie jestem kobietą. Z nimi generalnie trudniej jest prowadzić sensowną rozmowę.
– Hej! – oburzyła się Rose, gdy dotarł do niej sens tej wypowiedzi.
Uznała, że trzeba jak najszybciej pogodzić Harolda z Carą i nakłonić Melody, żeby jej przebaczyła, bo niedługo oszaleje od tego ciągłego przebywania z samymi facetami.

***

Dzień przed egzaminem z zaklęć, który miał być pierwszym owutemem, do którego podejdą, Rose postanowiła oczyścić umysł z tego całego stresu. Wiedziała, co prawda, że jej matka stosowała w młodości całkowitą odwrotność tej techniki i powtarzała materiał do ostatnich minut. Najwyraźniej, wbrew temu co wszyscy mówili, wcale nie odziedziczyła jej inteligencji i ambicji, bo wydawało jej się, że jak tylko zobaczy jeszcze jedną definicję, najprawdopodobniej zwymiotuje.
Harold wydawał się podzielać jej ideały, ponieważ zaproponował rundkę Eksplodującego Durnia nad jeziorem. Próbowali wyciągnąć również Albusa i Scorpiusa, ale pierwszego nie mogli nigdzie znaleźć, a drugi upierał się, że nadal musi powtarzać mugoloznawstwo. Planował też umówić się na dodatkową konsultacje z profesorem Higginsem, żeby rozwiać wątpliwości odnośnie niektórych kwestii. Rose zaczynała poważnie martwić się o jego zdrowie psychiczne.
Zmierzała właśnie do Wieży Gryffindoru, chcąc wziąć szybki prysznic, zanim pójdzie na błonia. Czuła się wykończona, brudna i spocona. Zanosiło się na to, że tegoroczne wakacje będą bardzo gorące, zwłaszcza biorąc pod uwagę warunki atmosferyczne Wielkiej Brytanii.
Kiedy otwierała usta, aby podać Grubej Damie hasło, portret odsunął się gwałtownie.
– Rose! – wykrzyknął zaaferowany Albus, potykając się o próg. – Rose, dlaczego nic nie mówiłaś?!
Dziewczyna uniosła brew, przyglądając mu się z powątpiewaniem. Była zmęczona, miała wrażenie jakby głowa miała eksplodować jej z bólu, a ubranie, klejące się do jej lekko spoconego ciała, potęgowało uczucie dyskomfortu. Zniechęcony tym wszystkim mózg, nadążał za słowami Albusa jeszcze słabiej niż zwykle.
– Al, dobrze się czujesz? – spytała z troską, widząc jego zarumienioną z emocji twarz. – Wybieramy się z Haroldem na błonia, może chciałbyś…
Albus złapał ją za ramiona i potrząsnął gwałtownie.
– To nie czas na takie bzdury, ty ruda wariatko! – wykrzyknął. – Dlaczego nic nie powiedziałaś?! – dodał, wyciągając z kieszeni spodni dużą, otwartą kopertę.
Rose zerknęła na pieczęć, która wyglądała dziwnie znajomo. Jednak jej uwagę bardziej przykuło nazwisko, wykaligrafowane na pergaminie.
– Albus, czy ty otworzyłeś list zaadresowany do mnie? – zapytała z niesmakiem, próbując odebrać mu kopertę, ale cofnął dłoń, po czym nieco się zmieszał.
– Em… – zaczął nieskładnie. – Bo widzisz… no cóż, siedziałem sobie, jak gdyby nigdy nic… i chyba użyto jakiejś kiepskiej sowy, bo przyleciała do Pokoju Wspólnego, zamiast z pocztą poranną… No i list wyglądał tak formalnie, wiec mnie zaciekawił i jakoś tak… no wiesz, zajrzałem. Delikatnie.
Rose poczuła dziwny ucisk w żołądku, gdy natychmiast sobie uświadomiła, dlaczego pieczęć wyglądała znajomo. Istniało nawet wyjaśnienie, dlaczego sowa nie nadleciała z poranną pocztą, jak to zwykle robiły te, z listami skierowanymi do Hogwartu. Bo Rose tylko w jednym przypadku sprecyzowała „Wieżę Gryffindoru”, jako adres zwrotny, ponieważ nie chciała odczytywać ewentualnej odpowiedzi przy ludziach.
– Co napisali? – wypaliła. – Co tam jest, Albus?
Kuzyn spojrzał na nią z dumą, pomieszaną z lękiem.
– Że się dostałaś. W październiku zapraszają cię na roczny staż do Paryża.
Cisza rozciągnęła się pomiędzy nimi jak guma do żucia. Rose spoglądała na przemian, to na Albusa, to na kopertę. Bardzo chciała przeczytać co jest w środku i jednocześnie ogarniało ją dziwne przerażenie na samą myśl o tym, że pozna szczegóły.
– Co zrobisz? – zapytał po chwili Albus, jakby nie był w stanie zachować milczenia ani chwili dłużej.
Spojrzała na niego zdziwiona.
– Co masz na myśli, Al? – zapytała cicho. – Zgłosiłam się, bo chciałam pojechać, więc… więc chyba muszę.
Uśmiechnięta twarz Scorpiusa zamajaczyła jej przed oczami. Zamrugała szybko, żeby jakoś ją odgonić. Nie, jęknęła rozpaczliwie jej podświadomość. Nie będę teraz o tym myśleć. Jeszcze nie. Jeszcze trochę…
– Kiedy powiesz Scorpiusowi? – zapytał Potter, jakby chciał zrobić jej na złość.
–Ja… nie wiem – mruknęła, przygryzając wargę. – Wolałabym… och, nieważne – zirytowała się, kiedy przypomniała sobie z kim rozmawia. – Potrzebuję Melody.
Albus wydawał się urażony.
– Rose, ja też jestem twoim przyjacielem. Możesz równie dobrze pogadać ze mną.
– Ale jesteś, po pierwsze, facetem, po drugie, moim kuzynem, po trzecie, najlepszym przyjacielem mojego chłopaka – wyliczyła. – Zatem rozumiesz, dlaczego mogłoby to być dla mnie niezręczne.
– A co dla ciebie nie jest niezręczne? – prychnął i przewrócił oczami. – Tak czy siak, ja i tak ci powiem, co o tym myślę. Powinnaś mu powiedzieć i powinniście razem wybrać odpowiednie wyjście.
– Czyli jakie? – zirytowała się Rose. – Są dwie opcje: albo jadę, albo nie jadę. Sadzę, że jestem w stanie podjąć taką decyzję samodzielnie.
– I chcesz go zostawić?
– Oczywiście, że nie chcę! Mam ochotę wrzeszczeć na samą myśl o tym! Ale… na litość boską, matka chyba by mnie zabiła, jakby się dowiedziała, że zmarnowałam życiową szansę, z powodu chłopaka…
– Nie jakiegoś tam chłopaka – zaoponował Albus. – Nikt nigdy wcześniej się tak do ciebie nie zbliżył, nikomu na to nie pozwoliłaś. Kto wie, czy to nie jedyny taki epizod w twoim życiu.
– Mam dopiero siedemnaście lat – zauważyła Rose.
– I jesteś naprawdę popaprana – odparował. – Rosie, zastanów się nad tym, porządnie. Chciałbym tylko, żebyś… żebyś była szczęśliwa. Taka, jaka byłaś przez ostatnie kilka tygodni. Wcześniej cię takiej ni widziałem.
– Och, Al – westchnęła, zwieszając ramiona. Nagle poczuła się dziwnie bezsilna. Zamrugała szybko, czując łzy, zbierające się pod powiekami. – Co ja zrobię?
Albus najwyraźniej wyczuł, że powinien zareagować, ponieważ podszedł do kuzynki i otoczył ją niezgrabnie ramionami, po czym zaczął klepać ją delikatnie po plecach.
– Przestać płakać, Rosie – poprosił. – Nie mam pojęcia, jak się zachowywać przy płaczących dziewczynach.
– Dlatego potrzebuję Melody – wydukała Rose, pewna, że już osmarkała mu koszulkę. Spróbowała się odsunąć, ale jej nie pozwolił. – Nie mogłabym po prostu nic mu nie mówić? – zagadnęła nieśmiało. – Jeśli zdecyduję, że zostaje w Anglii, Scorpius nigdy by się nie dowiedział, i wszystko by było okej… a ja skończyłabym pewnie sprzedając ze dwa obrazy i pracując na jakimś nudnym stanowisku w Ministerstwie. A jeśli bym postanowiła, że jadę do Paryża, powiem mu o tym pod koniec września, żebyśmy mogli pobyć razem przez następne kilka miesięcy, nie martwiąc się przyszłością i… i po prostu się ciesząc. Bez kłótni.
– To by było nie fair, zarówno wobec ciebie, jak i wobec niego – oznajmił poruszony Albus, odsuwając ją na długość ramion. – Dopilnuję, żebyś mu powiedziała, choćby to była ostatnia rzecz, jaką zrobię w życiu.
Rose cofnęła się o krok i otarła łzy palcami. Uśmiechnęła się mimowolnie.
– Rany, czy wy, Potterowie, zawsze musicie być tacy melodramatyczni? Nawet używasz tonu swojego ojca.
– Tonu mojego ojca?
– Nazywam go „Bohaterskie Nuty Sprawiedliwego Gniewu”.
Albus wyraźnie się zniecierpliwił.
– Rosie, nie próbuj zmieniać tematu – zażądał.
– Muszę. Nie podobają mi się twoje rady… czy ty właśnie tupnąłeś nogą? – zdziwiła się. – Myślałam, że trzeba być postacią z kreskówki, żeby tak zrobić.
– Nie prosi się ludzi o rady, żeby usłyszeć to, co by się chciało – oznajmił, ignorując resztę jej wypowiedzi, choć Rose dostrzegła, że lekko poczerwieniał. – Powiedz mu.
– Muszę lecieć, Al – westchnęła wyrywając mu kopertę z ręki i szybko odbiegając w przeciwnym kierunku. – Ale wezmę sobie do serca twoje słowa, dzięki! – krzyknęła przez ramię.
– Rose, do cholery, musisz mu powiedzieć! – krzyknął Albus, ale Weasley już znikała za zakrętem. – Musisz powiedzieć Scorpiusowi!
– Powiedzieć mi o czym?

______________________________
Ostatnio po każdym moim zakończeniu rozdziału mam ochotę pisać „TUN–DUN–DUUUUUN!” xd
Nie zadecydowałam jeszcze, czy za ten rozdział powinnam was przepraszać. Nie jestem jego największą fanką (choc z kilku momentów jestem zadowolona :D) i jest znacznie krótszy niż zwykłam pisać. No, może nie „znacznie”. Trochę.
I ma, niestety, dość przejściowy charakter, ale tak musi czasem być :D
Jak się pewnie domyślacie, opowiadanie powoli zmierza ku końcowi. Planuje jeszcze jeden (może dwa, nie jestem pewna jak mi się to rozłoży) rozdział, oraz nieprzyzwoicie dugi epilog, na który jestem strasznie nakręcona :D Trochę ostatnio zwlekam, jak siadam do pisania, bo naprawdę nie chce, żeby to się skończyło :C
Pozostaje mi mieć nadzieje, że mimo wszystko się wam ten rozdział podobał.
Dajcie znać co myślicie! I co zrobilibyście na miejscu Rosie :D
Czekam na opinię ja i czeka Wen, bo wiecznie głodny.
Trzymajcie się!

Najfajniejsi ludzie na świecie